niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział II "Mógłbyś używać dzwonka"



Brian zostawił Joego samego w pokoju. Chłopak jeszcze raz rozejrzał się po „swojej” sypialni. Będzie mu tu miło spać. To było pewne.
Dopiero po chwili zorientował się, że Brian zniknął. Nie wiedział co zrobić, więc podszedł do okna i obejrzał widok z niego.
Mało ruchliwa ulica, przechodzący ludzie, dużo światła… Nie jest źle.
Odwrócił się i spojrzał na łóżko. Jest takie wysokie, na pewno ma gruby materac, no i na pewno jest miękkie.
Dopadła go pokusa sprawdzenia, jak bardzo jest miękkie. Nastawił uszu, czy nikt nie nadchodzi i zrobił rozpęd.
Padł na materac płasko brzuchem, z rękami wyciągniętymi daleko przed siebie. Materac zgiął się maksymalnie i wypchnął go z powrotem do góry. Joey znów na sekundę znalazł się w powietrzu, po czym padł na białą pościel.
- O tak, już mi się tu podoba… - powiedział, sam do siebie i wtulił twarz w pachnącą kołdrę.
Nie obchodziło go już to, że znalazł się w jakimś obcym miejscu, nie przypominającego żadnego innego miejsca na świecie. Że nie wie, jak wrócić do domu… choć teoretycznie nadal był w swojej łazience.
Pościel pachniała lawendą, wiosną i wszystkim tym, co pięknie pachnie. Joe nie mógł się doczekać, aż wejdzie do tego łóżka i zaśnie.
Ale ten zapach uspokajający… Usypiający… Taki słodki…
Ziewnął przeciągle i zmrużył ślepia.

***

Pokój jest mroczny i ponury. Nic w nim nie ma. Tylko czarne ściany, spróchniała, drewniana podłoga i okna zamalowane czarną farbą. Przez dziury w szybach przebija się światło słoneczne. Chłopiec siedzi w kącie, z kolanami pod brodą i trzęsie się ze strachu. W drugim kącie siedzi odwrócony do niego tyłem człowiek, w ciemnym, długim płaszczu. Odwraca się do chłopca o zielonych oczach. Staje nad nim i patrzy mu w oczy. Wyszczerza się i pokazuje białe, trójkątne zęby.
- Joey, może już się obudź. W tych okolicach lepiej nie spać…

***

- Joey… Joey, może już się obudź. Trochę długo śpisz.
- Mhm? – mruknął Joe, otwierając oczy i podnosząc głowę. Nadal leżał na łóżku, plecami do góry. Nad nim stał Brian, lekko trząchając go ramieniem. Gdy chłopak całkiem się rozbudził, natychmiast zerwał się z łóżka. Co to był za sen?!
- Ja… ja wcale nie śpię – wyjąkał, poprawiając włosy.
- Tak. Wcale – mruknął Brian. – Spałeś dwie godziny.
- Co?!
- Chyba słyszysz. Nie śmiałem cię ruszyć, ale żeby tak zasypiać w biały dzień?
- Eee… No bo ta pościel… ona była taka miękka. Może faktycznie trochę mi się przysnęło. Brian, a może twoja kucharka dodała czegoś do tej kaczki?
Nie chciał tego powiedzieć. Po prostu powiedział to, o czym myślał, nie panując nad tym.
Brian wykrzywił swoje usta w dziwnym grymasie i podniósł brew.
- Nie, na pewno nie. Wtedy to i ja bym spał jak suseł. Musiałeś być bardzo zmęczony.
Nastąpiła chwila ciszy. Jednak Brian nie dał jej długo pożyć.
- Hej, chciałbyś wybrać się ze mną na małe przyjęcie rodzinne? – spytał, zmieniając temat. – Niestety moja obecność jest tam wymagana, a nie chcę zostawiać cię samego. Co ty na to?
Joe zastanowił się chwilę. W sumie czemu by nie pójść?
- Z miłą chęcią – odparł z uśmiechem.
- To świetnie – wyszczerzył się Brian. – Ale… pójdziesz w tym stroju, no nie?
Joey miał na sobie tylko starte jeansy, białą koszulkę z logo Nike oraz adidasy. Odzież mało wyjściowa.
- Nie mam nic innego – usprawiedliwił się skruszonym głosem.
- Spokojnie, pytam się tylko, bo ja też idę w zwykłym stroju – uspokoił go niebieskooki. – Jak dwie osoby idą podobnie ubrane, to jest raźniej pośród tych wszystkich pajaców w sukniach i garniturach.

Gdy byli już gotowi, ruszyli do wyjścia.
- Tylko postaraj się uważać na słowa, jak już tam będziemy, w porządku? Moja rodzina jest według mnie dość ograniczona i staroświecka, mogą się obrazić z byle powodu – powiedział Brian, gdy wychodzili.
- Jasne… postaram się – mruknął Joey. Coraz mniej cieszył się na spotkanie z obcymi ludźmi. Jednak wolał zostać w tym domu.
Przed domem, na ulicy stał nieduży, kryty powóz. Zaprzęgnięte było do niego niesamowite zwierzę. Sylwetkę miało gazeli, tylko że było wielkości konia. Na końcu chudych nóg miało rozdwojone, dość duże kopyta. Jego ogon nie należał do żadnego ze znanych mu zwierząt. Był długi, wąski i zakończony na końcu puszystym, siwym włosiem. Szyję zwierzę miało długą i gibką, ale jego głowa była najdziwniejsza.
Zwierzę zamiast łba ma tylko gołą, końską czaszkę. Przy dokładnym przyjrzeniu się można było zauważyć, jak spod krawędzi skóry, która kończyła się kilka centymetrów przed karkiem wystaje biała, sucha kość. Zupełnie jakby z czaszki zeszła skóra. Głowa stworzenia składała się z odkrytej kości, wraz z dolną szczęką – również z samej kości. Czaszka była jednak połączona niezbyt widocznymi ścięgnami. Dalej w stronę szyi zwierzę miało już skórę i sierść w barwie blado fioletowej. Ciekawe, jak wyglądałby pysk tego stworzenia, gdyby otworzyło ono swoją paszczę na całą szerokość.
Zwierzę miało niemożliwie długie uszy – co najmniej na metr długości. Wyglądały jak wydłużone końskie uszka.
- Matko, co to jest? – Po raz kolejny Joeyowi wyrwało się coś nieodpowiedniego.
Zwierzę odwróciło w jego stronę swój łeb i przeszyło go swoimi pustymi, czarnymi oczami. A może to oczodoły w czaszce?
- Wypłaszam sopie takie wysfiska – odpowiedziało ludzkim głosem, sepleniąc z powodu wędzidła w pysku. – Nie jestem cymś, tylko osobą, któla wymaqa sacunku. Eh, cy musę mieć to wełcidło?!
- Przykro mi, Fritz, ale to jest dziś konieczne – odparł Brian. – Jedziemy do mojej rodziny.
- Ojej, faktycnie – mruknęło smutno. Położyło swoje długie uszy i odwróciło łeb przed siebie.
Brian otworzył samodzielnie drzwi pojazdu i nakazał gestem, by jego towarzysz wsiadł pierwszy.
- Eee… A nie ma stangreta? – spytał Joe.
- W sensie faceta od otwierania drzwi? – spytał starszy chłopak. – Nie chcę marnować pieniędzy na takie błahostki. Sam umiem otwierać drzwi.
Ale stangret jest od powożenia…
- A… nikt nie powozi?
- Fritz powozi. Zna drogę.
Joey całkiem osłupiał, jednak szybko otrząsnął się i wsiadł do powozu. Za nim wskoczył Brian.
Wnętrze było czyste, schludne i bogate. Najlepsza skóra na siedzeniach, zasłony w gustownym kolorze, wszystko wyczyszczone na błysk. Niczym w sportowym samochodzie.
- Siadaj wygodnie i czuj się jak u siebie – rzekł.  - Złap się czegoś, bo będzie trzęsło.


Tak jak powiedział Brian, trzęsło niemiłosiernie. Joey musiał się mocno chwycić siedzenia, żeby nie spaść na podłogę. O dziwo, Brian siedział sobie z nogami na swoim miejscu i niczego się nie trzymał, a nie spadał. Nawet nie widać było, żeby podskakiwał na tych kocich łbach. 
Nie mogąc wytrzymać ciszy, która panowała od paru minut, Joey odezwał się:
- Od posiłku nie było widać nigdzie tego kota… Siergieja. To nie dziwne?
- Pewnie nadal się moczy. W sensie w wodzie. Potrafi tak całymi godzinami.
Im więcej się pytał, tym dziwniejszych rzeczy dowiadywał się o tym miejscu. Mimo to nie czuł się aż tak skrępowany, czy zestresowany.
- A jak mam się zachowywać w obecności innych? – zadał kolejne pytanie.
- Wiesz, umówmy się, że będziesz młodym synem hrabiego z dalekiego miasta. Przyjechałeś do mnie przy okazji… odnalezienia swojej zaginionej babci.
- Zaginionej babci? – Joey uniósł prawą brew.
- Coś wymyślisz. – Długowłosy machnął beztrosko ręką. W tej samej chwili powóz podskoczył tak bardzo, że oboje spadli na podłogę, obijając się o siebie. Brian spadł na Joego, wbijając w jego brzuch swój łokieć. Chłopak jęknął z bólu.
- Dojeżdżamy – stwierdził starszy.
Powóz zatrzymał się przed wielkim, białym domem. Na pierwszy rut oko widać było, że jego właściciel do biednych nie należy.
Brian podniósł się z Joego i pomógł mu wstać.
- Jesteśmy – oznajmił. – Nie bój się – dodał, widząc niepewność na twarzy chłopca.
- Nie boję się – zaprzeczył Joe.
- Tak, oczywiście – zaśmiał się.
Wyszli z powozu. Brian szepnął coś Fritzowi do ucha i wraz z Joey'em ruszyli do wejścia. Chwilę później starszy chłopak dowiódł, że nie jest normalnym człowiekiem, co Joey już wcześniej podejrzewał. Zamiast zadzwonić dzwonkiem czy kołatką, za całej siły walnął podeszwą glana w piękne, białe drzwi. Całą framugą aż zatrzęsło. Huk był tak głośny, że mogliby usłyszeć go wszyscy w tym domu i w okolicy.
Ze środka dobiegły go przytłumione głosy:
- Zaraz otworzę, to pewnie Brian…
Po chwili drzwi otworzyły się. Stanął w nich bogato ubrany mężczyzna z siwym zarostem i dostojną łysiną na głowie. Był niski i szeroki, jak dzwon.
On na pewno nie jest krewnym Briana. Na pewno nie – pomyślał Joey.
- Och, jak miło cię widzieć, Brianie, ale doprawdy, mógłbyś używać dzwonka – powiedział na wstępie owy pan. Obejrzał drzwi i zobaczył tam małe wgniecenie. Wytrzeszczył na nie swe wielkie oczy. – Brian, przez ciebie i przez twoje buty pójdziemy z torbami za naprawę drzwi.
- Po co je naprawiać? Teraz są bardziej realistyczne – uśmiechnął się przymilnie chłopak.
Jegomość westchnął ciężko, a jego wielki brzuch rozszerzył się niebezpiecznie. Spojrzał na Joego. Najprawdopodobniej dopiero teraz go zauważył.
- O, przyprowadziłeś osobę towarzyszącą! – zawołał. – Jaka jest pana godność, sir? – spytał, wyciągając rękę do chłopca.
- Ja… - zaczął Joey, jednak Brian trzepnął go brutalnie łokciem.
- To jest młody hrabia Joe Greenhigh – wtrącił. – Z hrabstwa Greenhigh.
- Wspaniale. Hrabiowie są u nas zawsze mile widziani. Wejdźcie, nie stójcie w progu.
Joey poczuł niemałą irytację, słuchając ostatniego zdania wypowiedzianego przez szlachcica. Przecież to on trzymał ich w wejściu i nie raczył ich od razu wpuścić…
- Witaj, Joe Greenhigh. Jestem sir George Watson. Miło pana poznać – kontynuował powitanie gospodarz wielkiego domu.
- Mi również jest szalenie miło – odparł grzecznie chłopak. Kątem oka dostrzegł szeroki uśmiech dumnego z niego Briana i również się uśmiechnął. Wyczuł, że jak na razie robi wszystko dobrze.
- Chodźcie do bawialni, panowie – zaprosił ich Watson. Brian ruszył pierwszy, a Joe zaraz za nim. W salonie, inaczej bawialni, siedziało już kilku jegomości i dam. Wszyscy ubrani byli bardzo dostojnie. Zbyt dostojnie. Goście zmierzyli go uważnie wzrokiem. Nie było to dla niego przyjemne. Wręcz męczące.

- Drodzy kuzyni, znajomi i krewni, pragnę wam przedstawić mojego przyjaciela, Joego Greenhigh – wypalił na wstępie Brian. – Przyjechał z odległego hrabstwa i zostanie tu na parę dni.
- Witamy – odezwał się jakiś pan z brązowymi bokobrodami i monoklem w oku. – W jakim celu pan przyjeżdża do Doque, panie Greenhigh?
- Proszę mi mówić Joey, proszę pana… - zaczął Joey, lecz coś mu przerwało. Syknął cicho z bólu, czując nacisk buta swojego kumpla na stopie. Z pewnością był to sygnał, że zrobił coś źle.
Spojrzał na niego kątem oka. Mina Briana zdradzała, że sam ma się z tego wyplątać. Joey przełknął nerwowo ślinę.
- Ech, przepraszam, czy jest tu gdzieś toaleta? – zapytał pana domu. – Potrzebuję do niej zawitać.
- Ja go zaprowadzę – zadeklarował się Brian. Swoim tonem dał do zrozumienia Joemu, że nie o to mu chodziło, ale załapał jego pomysł. Położył mu rękę na łopatkach i popchnął lekko w stronę wyjścia z salonu. - Chodź, chodź, już cię prowadzę do tej łazienki… 
Zatrzymali się w głębi korytarza.
– Już na początku strzeliłeś byka! – syknął Brian.
- Jak to?
Chłopak wepchnął go do łazienki i zamknął się w niej z nim.
- Gorszysz się przed nimi. Nie każ im mówić sobie po imieniu, bo to znaczy, że chcesz się do nich umizgiwać, a co gorsza, chcesz być przyjacielem. Masz się obnosić ze swoim nazwiskiem, być z niego dumny! To oni mają chcieć się przyjaźnić z tobą! Jesteś szlachcicem, jak oni, a może nawet...
Dalszą przemowę Briana przerwało głośne pukanie do drzwi.
- Panowie, dlaczego weszliście razem do łazienki? – odezwał się głos Georga.
- Szlag – zaklął Brian. – Eee… Ponieważ coś się zatkało i chcę pomóc!
- To niemożliwe. Mogę wejść?
- Ech… my już wychodzimy. – Pchnął drzwi i wyszedł wraz Joem na korytarz. – Temu panu się odechciało.
- Ach, rozumiem… Tak więc dołączcie do nas.
Chłopaki spojrzeli po sobie. Brian szybko dał spojrzeniem Joemu do zrozumienia, że ma uważać na to, co mówi i robi.
Wrócili więc obaj do salonu. Natychmiast podjęto rozmowę o wszystkim i o niczym. Joey wsłuchiwał się w to, co wszyscy mówili, odzywał się tylko, gdy został o coś zapytany i bardzo uważał, by nie popełnić jakiegoś błędu. Podano herbatę, gorzką, jednak chłopak z grzeczności wszystko wypił. W przeciwieństwie do Briana, który nawet nie kwapił się, by spróbować. Chłopak siedział lekceważąco na fotelu i biernie wpatrywał się w pokaźny biust jednej z pań. Nie wyglądał, jakby obchodziło cokolwiek, o czym mówią wszyscy.
Nagle po domu znów rozległo się pukanie do drzwi. Wszyscy zamilkli.
- To pewnie Hoggowie – powiedział sir Watson i wysłał lokaja, aby otworzył drzwi. Po upływie pół minuty do domu wpadło trzech, młodych, rudych chłopaków. Robiąc mnóstwo hałasu, przywitali się z każdym obecnym po kolei, ale szczególnie dokładnie z Brianem. Jeden z nich opadł całą masą na oparcie jego fotela i objął szyję chłopaka ramionami, niemal go dusząc. Dwóch kolejnych złapało go każdy po jednej ręce i zaczęło je ściskać i trząść.
- Hej, Brian, kopę lat, stary!
- Dawno się nie widzieliśmy!
- Tęskniłeś za nami, chłopie?
- Ech, oczywiście, że tak… - westchnął Brian. – Poznajcie mojego przyjaciela, Joego Greenhigh. – Wskazał na cichego chłopca.
- Witamy – powiedzieli chórem, po czym całkowicie stracili nim zainteresowanie, powracając do ich kuzyna. – Brian, jak to dobrze, że znów się spotykamy!
- No… wiem – mruknął ponuro chłopak.
Do pomieszczenia wkroczyło jakieś szanowne państwo w średnim wieku, najpewniej mąż i żona. Ta druga owinięta była ze wszystkich stron grubym, lisim futrem, a na głowie nosiła ogromny, różowy kapelusz, przykrywający jej rude włosy. Jej mąż miał na sobie biały garnitur, oraz buty, cylinder i krawat tego samego koloru. Nawet włosy miał tak siwe, że niemal śnieżne. W jego ubiorze kolorystycznie wyróżniała się tylko czerwona różyczka na piersi.
Ich ubiór nie wyglądał na modę XVIII wieku.
- Witajcie! – zawołał Watson i podszedł do nich z rozłożonymi ramionami. – Nareszcie jesteście! – Uścisnął dłoń mężczyźnie i ucałował rękę pani. – Jak wam minęła podróż?
- Była szalenie nużąca – odparła od razu kobieta. – Naprawdę ubolewam nad tym, że mieszkamy tak daleko.
Do uszu Joego dotarło ciche, ponure mruknięcie Briana:
- A ja nie…
- Ale w końcu jesteśmy! – dokończyła. – Matthew, Robin, Josh! – zawołała do chłopaków. – Mam nadzieję, że przywitaliście się ze wszystkimi, a nie wparowaliście tu jak świnie do chlewu?
- Przywitaliśmy się – odparł jeden z braci. Gdy Joey im się przyjrzał, był pewien, że są z jednej krwi. Byli niemal identyczni. Nie byli bliźniakami, bo widać było, że są w różnym wieku, ale praktycznie nie dało się ich odróżnić.


Spotkanie przeciągało się niemiłosiernie. Wszyscy obecni rozmawiali o tak nudnych rzeczach, że Joe mógłby sobie uszy odgryźć, żeby tylko tego nie słuchać. Rozmawiali o krykiecie, świętach, polowaniach, nie stronili też od obgadywania nieobecnych członków rodziny. A on tylko siedział i udawał, że słucha.
Brian również nie wykazywał dużego zainteresowania rozmową. Do czasu, gdy został poruszony jego temat.
- …uważam, że każdy powinien się żenić jak najwcześniej – mówiła swój monolog ruda pani, o imieniu Cecylia, co Joe zdążył wyłapać z rozmowy. – Brian ostatnio zmarnował szansę, a ta panienka ze Spring Valley była urocza. Do tego była na wysokiej pozycji w kraju i na pewno wszyscy by mu zazdrościli…
- Była zołzą – przerwał jej Brian. Wszyscy skierowali na niego wzrok. – Za nic bym jej nie przyjął do siebie. Pchała się do mnie, bo jestem bogaty i dlatego, że nikt inny jej nie chciał. A ona robiła wszystko, by nie zostać starą panną.
- Co ty wygadujesz, przecież była… jest najpiękniejszą dziewczyną w Spring Valley i w prowincjach! – oburzył się George Watson. – Taka dziewica to skarb!
- Wybacz, wuju, ale z tym, że nazwałeś ją dziewicą, nie mogę się zgodzić – odparł młody szlachcic. – Kto jak kto, ale ONA nie była dziewicą.
Wszyscy patrzyli na Briana, jak na nieopanowanego szaleńca. On nic sobie z tego nie robił i kontynuował swoją wypowiedź:
- A tak na marginesie to uważam, że nikt nie powinien się mieszać do tego, czy ktoś już sobie kogoś znalazł, czy jeszcze nie. Każdy sobie w końcu kogoś znajdzie. Nadjedzie to prędzej lub później.
Joey był pod wrażeniem jego brawury. Nie wiedział, czy sam potrafiłby tak odważnie się wypowiadać w gronie takich myślicieli.
- No cóż… A ty, Joe, jak uważasz? – spytał go niespodziewanie pan Watson.
Joe wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się, że dziś jeszcze będzie musiał się odzywać.
- Eee… Ja… Ja uważam podobnie, jak Brian. Według mnie każdy powinien mieć czas na znalezienie kogoś z kim mógłby spędzić resztę życia. Szukanie na szybko mija się z celem. O ile celem jest znalezienie miłości na lata, a najlepiej do śmierci.
Ku jego zdziwieniu wszyscy, którzy wysłuchali jego wypowiedzi, pokręcili aprobująco głową. Dziwne. Powiedział to samo co Brian, a jednak – w przeciwieństwie do kumpla – jego wypowiedź została uznana. Nie było to uczciwe, jednak poczuł niemałą satysfakcję.


Dalej spotkanie jakoś się potoczyło. Rozmowa przeszła na inny temat i wszyscy byli zadowoleni. Chociaż nie do końca.
Gdy zaczął zapadać zmrok, trójce rudych braci zaczęło się nudzić i zaczęli mocno rozrabiać. Na oko wyglądali na kilkanaście lat, a w tamtej chwili zachowywali się jak sześcioletnie dzieci.
Biegali po całym domu, krzyczeli na siebie i obijali się o ściany. Co dziwne, ich matka zupełnie nie zwracała na to uwagi. Lub udawała, że tego nie widzi.
Joey co chwilę zerkał na nich kątem oka. Nikt z nim i tak nie rozmawiał, więc uznał, że chociaż sobie popatrzy na ich żałosne wygłupy.
Jak przewidział, w końcu posunęli się za daleko. Zakradli się od tyłu od fotela Briana i zaczęli ciągnąć go za jego długie włosy. Chłopak krzyknął z bólu i zerwał się z miejsca. Rozkazał im, by przestali, dodając przy tym bardzo soczyste przekleństwo.
- Brian, jak ty się wyrażasz! – zwróciła mu uwagę jakaś wypudrowana ciotka.
- Jeszcze raz szarpniecie mnie za włosy, to wam tak… - Dalszy ciąg jego wymowy obfitował w niemal same wulgaryzmy, więc nie warto było go słuchać.
- Tak, to może się zemścisz, zamiast tylko gadać? – wyzwał go najwyższy z braci.
Brian zmarszczył groźnie brwi i bez ostrzeżenia rzucił się na rudzielca.
Potoczyli się obaj po podłodze, zwarci w mocnym uścisku, bijąc i drapiąc się po twarzach i szyjach. Matka Cecylia pisnęła z przerażenia i natychmiast zemdlała. Jednak nikt nie zaprzątał sobie nią głowy. Wszyscy rzucili się, żeby rozdzielić dwóch walczących młodzieńców.
Nie było to jednak łatwe zadanie. Oboje byli tak do siebie przyklejeni, do tego tak się szarpali, że ciężko było ich nawet dotknąć. Brian kopał Matthew, Robina, czy tam Josha glanem, za to jego wróg używał do walki głównie paznokci.
- Przestańcie, na miłość boską! – krzyczał ktoś. – Przestańcie się bić!
- Matthew, przestań!
- Brian!!!
Rudzielec znacznie górował nad Brianem masą i siłą, więc niemożliwie chudy chłopak nie miał zbyt wiele szans na wygranie walki. Jego bronią były ciężkie buty, jednak było to za mało na pokonanie kuzyna.
Matthew złapał go za dół koszulki i szarpnął za nią, lecz w tym samym czasie został złapany za ramiona przez dwóch dżentelmenów i odciągnięty od kuzyna.
Koszulka poderwała się do góry i odsłoniła brzuch Briana, cały w okropnych, grubych bliznach. Zanim chłopak zdążył zareagować, wszyscy je zauważyli i wykrzywili miny. Chłopak zauważył, co tak przykuło ich uwagę i szybko zakrył swój brzuch.
Joey podbiegł do niego i pomógł mu wstać. Brian niezgrabnie podniósł się, kurczowo trzymając go za ręce. Otrzepał się, wyrównał ubranie i spojrzał z uniesionymi brwiami na Matthew. Ten siedział na fotelu i trzymał się kurczowo za krocze, łypiąc na niego groźnie. Joe domyślił się, że podczas walki dostał glanem w czułe miejsce i na pewno nie jest mu z tym dobrze.
- To my już pójdziemy – powiedział oficjalnym tonem Brian. – Czeka na mnie jeszcze wiele spraw do załatwienia, które nie mogą zostać przełożone na później. Joey, idziemy.
Chłopiec, lekko oszołomiony całym zajściem, bez słowa ruszył do drzwi wraz z nim. Pan Watson odprowadził ich i szybko wrócił do reszty.
Dwaj chłopcy wsiedli do ich powozu, starszy zawołał coś do Fritza, a zwierzę natychmiast ruszyło kłusem. Było już całkiem ciemno, jedynie księżyc nieznacznie rozjaśniał granatowe niebo.
Gdy tylko Brian zamknął za sobą drzwi powozu stał się naburmuszony i zły. Miał bardzo ponurą minę. Jedną ręką trzymał się za brzuch, drugą za swoje szczupłe kolano.
- Brian…?
- Mhm? – fuknął.
- Eee… Nic ci nie jest? – spytał Joey.
- Jest świetnie. Ale moja duma mocno oberwała.
- Czemu?
Brian spojrzał na niego i uniósł jedną brew.
- Bo nie ma dżemu. Zostałem pobity.
- Ale to ty zacząłeś tą walkę.
- Zostałem sprowokowany. A ten debil, Matthew musiał… wrr! - warknął cicho.
Złość i frustracja wręcz parowały z niego, jak para z czajnika. Jego palce coraz mocniej zaciskały się na kolanie. Słychać było, jak strzelają mu kostki w dłoni. Wywoływało to nieprzyjemny dreszcz na plecach Joey’a.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał po raz kolejny.
Chłopak wyglądał, jakby go nie słyszał. Cały czas wpatrywał się w jakiś punkt obok głowy Joe’go, najwyraźniej myślami będąc gdzieś bardzo daleko.
- Brian, wróć! – zawołał do niego chłopak.
Brian spojrzał na niego rozgniewanym wzrokiem, który jednak szybko złagodniał.
- Wróciłem – mruknął, sztucznie się uśmiechając.
Zapanowała niezręczna cisza. Po chwili Joey postanowił ją przerwać.
- Brian, czy mogę… - zaczął, lecz szybko ugryzł się w język. Może lepiej byłoby nie pytać się, skąd ma te rany.
- Co?
- …mogę spytać, jak to jest możliwe, że ty i ten Matthew jesteście rodziną? - zadał wymijające pytanie.
- Nie jesteśmy z jednej krwi. Ich matka poślubiła brata mojego wuja. Ci rudzielcy od urodzenia dają mi w kość.
- Jak to od urodzenia?
- No… od czasów dziecięcych – poprawił się. – Zawsze, kiedy mają okazję, próbują wyprowadzić mnie z równowagi przy rodzinie.
- Dziś im się chyba udało – pomyślał na głos Joe.
Brian przytaknął posępnie.
- Mogę się im nie pokazywać przez pół roku…
- Daj spokój, nie będą ci tego wypominać. 
 Brian uniósł wysoko swoje brwi, robiąc na czole kilka głębokich zmarszczek.
- Założymy się, że będą wymyślać o tym dowcipy?


Powóz w końcu dojechał do domu Briana. Zmęczeni chłopcy wysiedli z niego i skierowali się do drzwi frontowych.
Brian jednak nagle zawrócił się i podszedł do Fritza. Złapał go za uzdę, rozpiął wszystkie zapięcia i ściągnął mu z łba niewygodne rzemienie.
- Obiecuję, że nigdy więcej nie będziesz musiał nosić wędzidła – powiedział, patrząc mu głęboko w oczy. Wdzięczne zwierzę parsknęło cicho i trząchnęło go w pierś pyskiem.
Joey przyglądał się temu z rozgrzanym sercem. Właśnie miał przed sobą przykład typowego, ale niezwykłego buntu nastolatka. To było piękne. Ale czy Brian nie jest za stary na bunty?
Fritz uniósł przednie nogi, na ile pozwalała mu ciasna uprząż, usiłując dumnie stanąć dęba. Podniósł się stosunkowo nisko, po czym opadł na cztery nogi i ruszył galopem przed siebie. Po chwili zniknął w ciemnościach ulicy.
Brian spojrzał na swojego towarzysza i powiedział:
- Wejdźmy do domu. Zjemy coś i czymś się zajmiemy.
Joey kiwnął głową. Wkroczyli do domu i weszli po schodach na piętro.
- Chodź, posiedzimy u mnie w pokoju, chcesz? – zapytał Brian.
- Chcę – odparł Joe.


W pokoju Briana zastali istny armagedon. Szafa była otwarta, a na podłodze i łóżku leżały porozwalane ubrania.
- To Siergiej – powiedział bez cienia wątpliwości chłopak.
- Ech, ze zwierzętami tak bywa – wzruszył ramionami Joe. Odruchowo włożył ręce do kieszeni spodni. Poczuł, że w jednej z nich znajduje się coś małego. Wyjął przedmiot z kieszeni i obejrzał. Od razu to poznał.
Był to jego ukochany odtwarzacz muzyki. Prostokątny, płaski, biały, z długimi kabelkami. Nie był już nowym sprzętem, ale nadal działał świetnie.
- Co to? – spytał Brian, zaglądając mu przez ramię.
- Mój iPod.
- Co?
- Odtwarzacz muzyki.
- A jak to działa?
Joe spojrzał na niego załamanym wzrokiem, jednak szybko uświadomił sobie, że Brian może faktycznie tego nie wiedzieć.
- Pokażę ci – powiedział i wsadził mu w uszy słuchawki, po czym włączył muzykę.
Przez chwilę na twarzy niebieskookiego gościło zaskoczenie i strach, jednak po chwili zamieniło się to w zainteresowanie i podziw. Po jakiejś minucie zaczął delikatnie kiwać głową.
- Co to za cudne dźwięki? – spytał.
- Muzyka.
- Znam muzykę. Ale tej nie słyszałem. Jak nazywa się ta muzyka?
- The Final Countdown”, Europe.
Joey wyjął Brianowi słuchawki z uszu.
- Dlaczego teraz nic nie słychać? – spytał chudzielec.
- Tak to właśnie działa. Tylko ty to słyszysz.
- No to posłuchajmy razem – zaproponował, uśmiechnięty od ucha do ucha. Niezbyt delikatnie wcisnął Joey’owi jeden kabel w ucho, a drugi sobie.
Gdy utwór dobiegł końca, zaczęli słuchać kolejnych piosenek. Wszystkie niesamowicie podobały się Brianowi. Przy „All For You” Motörhead, złapał Joe’go za ręce i zaczął z nim tańczyć.
Joe odłączył słuchawki od iPoda i położył go na łóżku, aby muzyka leciała wszędzie, a nie prosto do ich uszu.
Być może ich taniec wyglądał komicznie, ale obojgu było przy tym bardzo wesoło. Brian okręcał Joe’go pod swoją ręką, łapał go w pasie i przekręcał w różne strony, trochę jak w tango, ale bardziej delikatnie. Słowem to on kierował. Joey za to próbował dać mu przykład jak należy ładnie tańczyć.
W końcu oboje wyczerpali wszystkie siły i padli na podłogę. Joe rozłożył się szeroko na dywanie, próbując złapać oddech. Gdy nabrał trochę powietrza, wybuchł głośnym śmiechem, prawie się dławiąc.
- Czego rżysz? – wysapał Brian.
- Z nas. Co to było? – odparł, nadal rechocząc.
- Nie wiem. Ale mi się podobało – wyszczerzył się chłopak.
- Ha, nie umiesz tańczyć – zaśmiał się Joey.
- To mnie naucz, mistrzu.
- Uczę tylko ludzi z talentem. – Chłopak wypiął dumnie pierś.
Oboje parsknęli jeszcze głośniejszym śmiechem. Jednak nagle coś przerwało ich radość.
Drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Chłopcy aż podskoczyli z zaskoczenia i spojrzeli w tamtą stronę.
W ciemności korytarza nie było widać nic, oprócz dziwnych, małych ogników migocących w świetle żyrandola...


*********
Mhm... Umówmy się, że wy to ocenicie. Jakoś poszło, ale nie wiem, czy jest to dobry rozdział. Mało się w nim dzieje, ale dalej będzie trochę bardziej ciekawie. Tak myślę.
No... szkoła się skończyła, mamy dużo czasu na wszystko i wszyscy zadowoleni. W końcu mam czas na pisanie dwóch blogów (tak, mój drugi blog znów będzie działał).
Od następnego rozdziału będzie się robić... dziwnie. Więc się przygotujcie :) Zaczyna mi brakować materiałów na zapas, więc następna notka może się trochę spóźnić. 

4 komentarze:

  1. - Podróż była niezwykle NUDZĄCA.
    ŹLE!
    - Podróż była niezwykle NUŻĄCA.
    DOBRZE :)
    ~
    Zaczynam już coraz bardziej lubić tego bloga. Piszesz - doskonale. Oprócz paru błędów, jest idelanie.
    Nie poddawaj się i nie przestawaj pisać, bo kiedyś to się przerodzi w ogomny talent.
    Pozdrawiam i niech wena Ci sprzyja!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku ten blog jest świetny! Wszystko wydaje się takie.. Niesamowite! *.* Rudzi to zło. Jak można pobić biednego Brian'a i co z tego, że on zaczął!? Muzyka z IPod'a jest po prostu przezajebista! Czekam na następny i weny życzę.

    Mam nadzieję, że nie obrazisz się, że tutaj napiszę, że pojawił się już trzeci rozdział na moim blogu.Tak więc zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super! Bardzo orginalny i pomysłowy blog! Bardzo mi się podoba jak piszesz:-)
    Do następnego i weny życze:-*

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś myślałam, że umiesz pisać tylko poważne opowiadania.. Myliłam się! Niezłą bekę mam z tego całego towarzystwa xD I cholera: chyba zakochałam się w Brianie.
    I.. yay! Motorhead! Fajnie, że mamy podobny gust muzyczny. ;)
    Czekam na następny rozdział, chcę poznać sekret Briana.. ♥

    OdpowiedzUsuń