Rozdział zawiera śladowe ilości scen drastycznych i/lub zawierających zboczenia seksualne, które przypadkowo wydostały się z głowy autorki.
Małe ogniki powoli zbliżyły się. Z bliska
widać było, że nie są to ogniki, a oczy. Żółte oczy.
Z cienia wyszedł kot Siergiej. Jego futro
tym razem nie było mokre i kot wyglądał w nim na dwa razy większego.
- Proszę panów, czy ja mógłbym prosić o
ciszę w tym domu, o tej porze?! Jako współlokator mam prawo domagać się
spokoju, gdyż chce mi się spać! Moglibyście panowie urządzać te dzikie, ludzkie
harce w dzień?!
Joe i Brian spojrzeli po sobie, unosząc
brwi.
- A co robią koty, jak się marcują? –
zapytał Brian. – Czy nie drą się wtedy na cały ryj, najczęściej w nocy?
Kot położył gniewnie uszy, zamachał ogonem i
groźnie zjeżył i tak już napuszoną sierść.
- A gdybym powiedział, że miałem wrażenie,
że to wy się marcujecie? – syknął.
- Odpowiedziałbym, że masz chore
skojarzenia.
Po odpowiedzi ze strony Briana Siergiej
wyglądał, jakby go ktoś zdzielił po twarzy zeszytem z twardą okładką.
- A tak w ogóle to dobry wieczór, Siergieju
– odezwał się uprzejmie Joey. Kot jednak nie raczył mu odpowiedzieć.
- Siergiej, idź lepiej poganiaj jakieś myszy
na ulicy, albo coś! – rozkazał mu Brian.
- A, sam ganiaj sobie myszy! Ja jestem
rasowym kotem z krwi persów, które były zbyt królewskie, żeby polować na te
brudne ścierwa!
- Dlatego nie umiesz ani jednej pogonić, ani
nawet wejść na dach? Bo twoja królewskość ci nie pozwala? – zapytał
sarkastycznie starszy chłopak.
- Jest taka możliwość… - mruknął kocur.
- Nie wnerwiaj mnie już, tylko sobie idź!
Będziemy cicho – warknął na niego Brian.
Siergiej syknął groźnie i uciekł w cień.
- Jak ja nie cierpię tego kota… - westchnął
Brian.
- Czy nie za ostro go potraktowałeś? –
zapytał Joey.
- Pff… I tak pewnie nic do niego nie dotrze.
Koty to ch… dobra, nie będę się wypowiadał. Po prostu nie mają za grosz
poszanowania dla drugiej osoby.
- Wiesz, ty też nie byłeś zbyt uprzejmy. Od
razu zacząłeś się z nim gryźć.
- Wcale, że nie! – żachnął się czarnowłosy.
– To on zaczął!
Joey zmarszczył brwi.
- Przykro mi, ale uważam, że jednak tak.
Żaden z was nie jest bez winy.
Brian zrobił mocno obrażoną minę. Skrzyżował
ręce na piersi i odwrócił głowę. Joe westchnął bezradnie.
- Wybacz, ja tylko powiedziałem swoje
zdanie. No weź, Brian, nie obrażaj się…
Chłopak tylko fuknął i zadarł głowę do góry.
- Brian! No weź...
Cisza.
Joey’owi dosłownie opadły ręce. Przewrócił
oczami i wstał z podłogi.
- Pan wybaczy, ale chyba lepiej będzie jak
oddalę się, aby pobył pan sam ze swoim fochem.
Pewnym siebie krokiem ruszył do wyjścia.
Jednak pech – lub celowy sabotaż – chciał, żeby jego nogi zahaczyły o coś, tym
samym zwalając go na ziemię. Joe padł brzuchem na podłogę. Podniósł się na
rękach i spojrzał za siebie.
Brian nadal siedział na podłodze, z
wyciągniętymi na prosto nogami i z iście aktorską, zamyśloną miną spoglądał w
sufit. Na jego czole obowiązkowo gościły charakterystyczne zmarszczki. Jego
długie nożyska leżały podejrzanie nieruchomo.
- Nie no, serio?! – warknął Joey. – Żeby od
razu mi nogę podstawiać?!
Brian spojrzał na niego z niewinną miną. Nie
odpowiedział, tylko od razu zmienił temat:
- Przyjdź na kolację o dwudziestej do
jadalni. Ja dziś nie będę jadł.
Chłopak podniósł się i wyszedł z
pokoju, nie oglądając się za siebie. Może teraz organizować zakłady, czy nazajutrz
jego gospodarz każe mu opuścić dom, czy może nie. Ale czy powiedziałem coś
źle? Nie. Tylko delikatnie zwróciłem uwagę, że zachował się zbyt ostro w
stosunku do Siergieja. A on od razu strzela fochy! Dobra, niech już mnie sobie
wyrzuca. Kto by pomyślał, że nie wytrzymamy ze sobą nawet doby?
Wrócił do pokoju i do dwudziestej leżał na
podłodze i rozmyślał nad swoim życiem. Zaczął tęsknić za swoim domem. Brakowało
mu własnego łóżka, dywanu i okna z widokiem na podwórko McGrathów, gdzie w
słoneczne dni codziennie opalała się osiemnastoletnia Paulla McGrath, w bardzo
skąpym bikini. Do takich widoków warto jest wracać…
O wyznaczonej godzinie poszedł na kolację.
Czekał tam na niego omlet i pokrojone pomidory. Grzecznie wszystko zjadł i
wrócił do pokoju. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, za oknem zaczął padać deszcz.
Z czasem rozpętała się burza z piorunami.
Joe, rozebrany już do bokserek, leżał w łóżku, głowę przyciskając kołdrą.
Próbował zagłuszyć hałas panujący na zewnątrz i jakoś zasnąć. Jednak niewiele
pomagały te zabiegi. Nawet usypiający zapach pościeli nie pomagał.
Nigdy nie potrafił zasnąć w czasie burzy.
Zawsze właził do łóżka rodziców, a gdy był starszy – do łóżka starszego brata,
żeby rodzice nie mieli „takiego dużego chłopa” za mazgaja.
Nagle drzwi do jego pokoju otworzyły się.
Joey podniósł głowę z poduszki i spojrzał w ich stronę. Stał w nich Brian. Jego
postać oświetlało światło latarni ulicznych za oknem oraz błyski piorunów.
Opierał się ręką o framugę drzwi. Ma jego
ciele jak na wieszaku wisiała przyduża koszulka, która miała zapewne funkcję
piżamy.
- Joe, to prawda, zachowałem się wrednie i
chamsko, Siergiej wcale nie jest kutasem, a ja niepotrzebnie się na ciebie
obraziłem – powiedział na jednym oddechu. - Nie miałem racji, za to ty miałeś.
Wybaczysz mi i będziemy znów kumplami?
Joey spojrzał na niego z ukosa i uśmiechnął
się lekko. W głosie Briana wychwycił wyraźną potrzebę przyjaźni i bliskości.
- W porządku. Koniec fochów – odparł.
Brian puścił się framugi i podbiegł do jego
łóżka. Zwinnie na nie wskoczył, wepchnął się pod kołdrę i położył za plecami młodszego chłopca. Słowem: pozycja „na łyżeczkę”.
Joey poczuł gołe nogi chłopaka ocierające
się o jego skórę. Brian przywarł do niego całą powierzchnią swojego wątłego ciała.
- Hej, nie za blisko! – krzyknął. – Co ty
wyprawiasz?
- Wybacz. Boję się burzy – wyznał chłopak. – Mogę z tobą spać?
- Ach, tak… Więc po to te przeprosiny –
domyślił się Joe.
Brian nie czekał na jego zgodę, tylko od
razu objął go w ramionach, po czym wtulił się twarzą w jego łopatki.
- Brian, zabierz tą miednicę z mojego tyłka!
– błagał młody. – Mówiłeś, że nie zgwałcisz mnie w nocy.
- Przecież nawet mi nie stoi – mruknął bez
ogródek długowłosy. – Nic ci nie zrobię. Po prostu się boję i chcę z tobą spać.
Joey warknął bezradnie. Zrozumiał, że nie
uda mu się go wygonić z łóżka.
Za oknem błysnął jasny piorun, a po chwili
rozległ się głośny grzmot. Brianem wstrząsnął silny dreszcz. Przywarł mocniej
do Joego i owinął się nogami wokół jego bioder.
- Słuchaj, naprawdę się boję – szepnął
nerwowym głosem.
- Czuję! – syknął chłopak. – Zluzuj uścisk,
bo źle się czuję z tobą tak blisko.
Brian widocznie się posłuchał, bo Joe po chwili
poczuł, że nieznacznie odsuwa się od niego.
- A ty? Nie boisz się burzy?
Joey westchnął cicho. Zapowiada się na noc
szczerych rozmów.
- Od dziecka – odparł.
- Ech, ja też… Szczerze to do dziś nie umiem
sam spać podczas burzy. W dzieciństwie spałem z rodzicami, a gdy stałem się
nastolatkiem, przychodziłem spać do brata. Nigdy mnie nie wyganiał. Zawsze
tylko bez słowa podnosił kołdrę i dawał mi się do siebie przytulić. Wyobrażasz
to sobie? Piętnastolatek śpi ze starszym bratem, bo boi się burzy. Żałosne.
- Wcale nie – powiedział bez namysłu Joey.
Już nawet nie będę się pytał, jak to jest
możliwe, że mieliśmy to samo dzieciństwo! Zaraz wyjdzie na to, że jesteśmy
braćmi.
- Tak sądzisz? – spytał Brian. - Według ciebie
to nie jest żałosne?
- Oczywiście. Każdy ma swoje lęki. To nic
złego.
- Naprawdę?
- Tak. Nie masz się czego wstydzić.
Przynajmniej nie przede mną. Ja mam te same lęki.
- Hm… - mruknął Brian. – Wbrew
pozorom dużo nas łączy. Oboje boimy się burzy. Oboje odstajemy od reszty
społeczeństwa. Oboje jesteśmy wyjątkowi.
Zapadła cisza, od czasu do czasu rozrywana
grzmotami za oknem. Brian wtulił się twarzą w plecy Joego. Chwilowo się nie
odzywał.
Tymczasem Joey rozmyślał nad tym, co
powiedział jego kumpel. Naprawdę są wyjątkowi? Tak serio, naprawdę?
Kolejny piorun. A po nim uścisk ręki Briana
na ramieniu Joego. I ból po wbijanych w jego skórę paznokciach.
- Nie spinaj się tak – mruknął pokrzywdzony.
- Przepraszam…
Nagle i zupełnie niespodziewanie poczuł na
sobie ciało Briana.
- I co? I myślisz, że teraz jest mi
wygodnie? - warknął.
- No…
Chłopak przywarł do niego kurczowo i zaczął
sapać Joemu w kark. Nastolatek przewrócił oczami. Może pogodziłby się ze swoją
sytuacją… gdyby on nie trzymał mu łap na klatce piersiowej i nie przywierał do niego całym ciałem!
- W sumie to twoje łóżko i masz prawo w nim
spać, ale jak już mamy spać razem, to proszę… nie spinaj się tak, bo mnie to
denerwuje.
- Postaram się.
Joe westchnął głośno i zamknął oczy. Nie śpi
już sam. Jest z kimś. Może teraz uda mu się zasnąć.
Poczuł, że ręka Briana wędruje z jego piersi
na brzuch i zostaje tam. Tym samym zaczyna go ocieplać. Joey instynktownie
wciągnął brzuch i wypuścił niespokojnie powietrze.
Usłyszał cichy, równy, głęboki
oddech. Brian zasnął. Wygodnie skurwielowi…
Joey nie mając co robić, zaczął wsłuchiwać
się w miarowy oddech chłopaka. Chyba miało to działanie usypiające, bo momentalnie
jego powieki zaczęły opadać. Wkrótce całkowicie zmorzył go sen.
* * *
Do ciemnego pomieszczenia przez małe,
trójkątne okienko wpada błysk pioruna. Światło pada prosto na opartą na
podłodze, czyjąś rękę. Skóra ręki jest niemal biała.
Właściciel ręki – ukryty w mroku – chowa ją
do cienia, pomrukując cicho. Jest to dziki, ponury pomruk, podobny do dźwięku
warczenia psa.
Człowiek siedzący w mroku wstaje z
zakurzonej podłogi. Widać jego górną część ciała. Zbliża się.
Obserwator odrywa od niego wzrok i odwraca
głowę w lewo. W kącie pomieszczenia siedzi nagi, długowłosy chłopak. Kolana
trzyma złączone, a łydki rozciągnięte na boki. Dłonie trzyma na
kolanach. Jego niebieskie oczy wpatrzone są w tajemniczą postać. Jest
przerażony.
- Podejdź – mówi postać.
Niebieskooki podnosi się i na kolanach
podchodzi do niej. Obserwator patrzy na to, nie ruszając się.
- Daj rękę.
Chłopiec wyciąga do niego swoją rękę. Postać
pochyla się lekko i ujmuje jego dłoń. Wyciąga zza siebie nóż i przykłada do
przedramienia chłopaka. Powoli, nie spiesząc się, wbija koniec ostrza w jego skórę,
po czym powoli rozcina ją, jak papier. Od strony łokcia, w stronę dłoni.
Chłopak zaciska zęby, próbując powstrzymać
jęk.
Widz czuje dokładnie jego ból. Ostry
ból w wewnętrznej stronie prawej ręki. Łapie się za bolące miejsce i syczy
przez zaciśnięte zęby. Zwraca tym samym na siebie uwagę psychopaty. Widzi jego
uśmiech. Puszcza chłopaka i podchodzi do obserwatora. Stąpa powoli i leniwie. Dzieli ich jeszcze zaledwie kilka kroków.
Między nimi panuje całkowita cisza. Nie
słychać nawet odgłosu jego stąpania. Z ust obserwatora wychodzą dwa słowa:
- Nie podchodź.
Postać zatrzymuje się. Przez chwilę tylko na
niego patrzy i nie daje żadnych sygnałów. Potem kiwa głową i cofa się.
Obserwator przestaje czuć ból chłopaka. Nie
interesuje go już. Wpatruje się bez mrugnięcia okiem w nieznaną postać.
Człowiek przestaje się cofać i gapi się na
obserwatora. Patrzą sobie w oczy. Trwa to może minutę, a może wieczność. Nie
mogą oderwać od siebie wzroku.
Nie widzi jego twarzy, jednak widzi oczy.
Słabo, ale jednak. Błyszczą. Są przerażające. Nie ma w nich człowieczeństwa.
Widz chce stąd odejść. Nie chce już tu z nim być.
Widz chce stąd odejść. Nie chce już tu z nim być.
************
Cześć. Dzisiaj rozdział krótszy, ale inaczej się nie dało. Wg mnie trochę mi się nie udało :/ Niektóre momenty są wg mnie dobre, ale jako całokształt to czuję się niespełniona. Nie wiem, kiedy kolejny rozdział. Ale będzie ;)
Cześć. Dzisiaj rozdział krótszy, ale inaczej się nie dało. Wg mnie trochę mi się nie udało :/ Niektóre momenty są wg mnie dobre, ale jako całokształt to czuję się niespełniona. Nie wiem, kiedy kolejny rozdział. Ale będzie ;)
Oh... jak ja uwielbiam takie opowiadania.
OdpowiedzUsuńZ klimatem.
I proszę, niech oni dalej się tak lubią, bo są tak słodcy, że to aż karygodne.
Nie wyłapałam żadnych błędów. Gratulacje.
Czekam na następny rozdział.
Pozdrawiam - Panienka Gertruda.
Wreszcie trafiłam na naprawdę dobrego bloga!
OdpowiedzUsuńZazdroszczę Ci talentu, naprawdę
Czekam na następny i życze dużo weny xx
Poryłaś mi czachę. Doszczętnie. Masz talent dziewczyno do pisania takich scen. Osobiście chyba nie potrafiłabym wymyślić czegoś lepszego. Jesteś genialna! Czekam na nowe rozdziały :)
OdpowiedzUsuńLove,
Chelle
jak to się stało, że ja dopiero na tego bloga trafiłam?!
OdpowiedzUsuńzakochałam się w tym opowiadaniu, no, mogę Ci się oświadczyć przez internet? XD
ten wątek w łóżku (oh, jak to niezręcznie brzmi XD) jest chyba najlepszym jaki przeczytałam od kilku miesięcy (GEJ TAJM!) ;_;
no i lubię takie drastyczne scenki, urocze są ♥
WIĘCEJ! ;_;
lubię drastyczne scenki <3
OdpowiedzUsuńa i jeszcze chce dodać że strasznie podoba mi się wygląd bloga :)
OdpowiedzUsuńchalo chalo
OdpowiedzUsuńdoczekamy się następnego rozdziału zanim osiwieję? ;_;
Cholera, Brian, taki stary chłop, a boi się burzy? Ja jak idę w nocy do kibla to nawet mi się nie chce światła zapalać ;-;
OdpowiedzUsuńNo dobra, co do rozdziału: fajny klimacik, naprawdę Cię uwielbiam :)
Lecę czytać następny.