poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział I "Nieznane (...) miejsce"



Joey obejrzał się za siebie. Drzwi zniknęły. Szkoda. Teraz nie wróci na korytarz.
Faktycznie znajdował się na jakimś polu, czy łące, przez które przepływała nieduża rzeczka. Obok niej rósł wielki dąb. Jego zielone liście w połowie przepuszczały promienie słońca, dając tym samym przepiękny, magiczny wręcz widok. Po trawie przemieszczały się wielkie jak piłki do koszykówki żółwie.
Do Joego zbliżała się obca postać. Słońce świeciło mu w oczy, więc nic nie widział, oprócz czarnego, wysokiego kształtu, który powoli stawał się coraz większy. Nie miał pojęcia czy ma się bać, czy nie. W końcu cała sytuacja była „dość” przerażająca. Do tego był głodny.
Chłopak obrócił się przodem do miejsca, gdzie przed chwilą były drzwi do jego łazienki, a teraz było tylko powietrze.
Nagle poczuł szczypiący ból na nodze. Jakby coś mocno się do niej zassało. Pisnął ze strachu i zaczął skakać jak opętany. Do jego łydki przyczepiony był nieduży żółw, któremu najwyraźniej zasmakowała jego noga.
- Auć! Puść! Ej! No, puszczaj, gadzie ty! – krzyczał do zwierzaka, który jednak nic sobie z tego nie robił.
Wściekły Joe złapał gada za skorupę i siłą oderwał go od swojej nogi. Warknął wściekle na biedne zwierzę i rzucił na trawę. Pomasował dłonią obolałą łydkę i odruchowo spojrzał w stronę, z której szła postać.
Ale ona zniknęła.
Joey wzdrygnął się i zesztywniał ze strachu. Co to za miejsce, w którym żółwie gryzą po nogach, a ludzie znikają jak gdyby nigdy nic?
Chłopak poczuł nieprzyjemny ucisk w przełyku. Jego instynkt nakazywał jak najszybszą ucieczkę.
- Hej – usłyszał za sobą.
Siedemnastolatek aż podskoczył z zaskoczenia. Odwrócił się i zobaczył tuż obok siebie obcego człowieka.
- Matko Boska! – zawołał, wytrzeszczając zielone ślepia.
Był to wysoki, chudy chłopak, przypuszczalnie o kilka lat starszy od niego, z niezwykle długimi, czarnymi włosami, sięgającymi mu do linii pępka, czy jak kto woli – do krzyża na plecach.
Miał na sobie przydużą czarną koszulkę, z jakimś kolorowym nadrukiem i obcisłe spodnie, ze sztucznej, błyszczącej skóry. Najdziwniejsze w całej jego osobie były jego buty – czarne, wysokie, skórzane glany. Czy jemu nie jest w tym gorąco?!
- Cześć, człowieku – powiedział nieznajomy, szczerząc się głupawo, ukazując rząd białych zębów. Wiercił Joego bezlitośnie wzrokiem, jakby był on jakimś pięknym kamieniem z księżyca. Jego oczy mocno zwracały na siebie uwagę. Były wielkie i dziko błękitne.
- Eee… Dzień dobry – wydusił Joe.
Natężenie nieziemskich oczu długowłosego cały czas wzrastało. Joey nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Wbił wzrok w swoje białe adidasy.
Chłopiec pochylił się, przekręcił głowę i spojrzał na jego twarz. Joey szybko podniósł wzrok.
- Czego ty chcesz? – spytał zdziwiony.
- Zobaczyć, czym jesteś – odparł bez wahania niebieskooki. – Właśnie, czym… znaczy kim ty jesteś?
- Czym… kim jestem? Żartujesz sobie?!
- Nie. – Chłopak podniósł głowę, machając przy tym prostymi włosami, które mocno błyszczały się w słońcu.
- Człowieku, ty mi lepiej coś powiedz! – krzyknął Joey. – Co to jest za miejsce i dlaczego znajduje się w mojej łazience, dlaczego tu jestem i kim ty jesteś!
Chłopak znów zaczął rechotać.
- Naprawdę jesteś jakiś nienormalny, czy tylko udajesz? Albo jesteś arystokratą, tak? – spytał, śmiejąc się.
Joe uniósł brwi w geście niezrozumienia.
- Ech… - westchnął nieznajomy, któremu dosłownie opadły ręce. – Dobrze, odpowiem ci, bo ty chyba na serio nie wiesz. Znajdujesz na łące, jesteś tu, bo pewnie tu przyszedłeś, ja jestem Brian, a z tą łazienką to pewnie ci się coś pomyliło. Już wszystko wiesz?
Joey skamieniał. Nie wiedział, jaką dać odpowiedź, by była równie ironiczna. Brian spojrzał na niego z ukosa.
- Coś się stało? – zapytał.
- N-nie… - wyjąkał chłopak. – Chyba nie…
- Co ty taki drętwy?
- Eee… no bo… wiesz, bo to jest takie… nieznane mi miejsce. Nie wiem skąd się tu wziąłem…
- Ale jak to nie wiesz? – przerwał mu Brian. – Ty jakiś ograniczony jesteś, czy co? Jak można nie wiedzieć, skąd się gdzieś wzięło?
- Ale ja zamierzałem wejść do swojej łazienki! A znalazłem się tutaj! – wybuchł Joe, gestykulując żywo rękami. – Nie chciałem tu być, ale to miejsce miało być moją łazienką, z kolei jej tu nie ma!
- Łazienkę? Łazienek zwykle nie buduje się na powietrzu, tylko w domach.
- Wrr...! – warknął zirytowany chłopak, zaciskając pięści. – Powiesz mi, jak mogę wrócić do Dayton, do mojego domu?! Bo to miejsce na Dayton mi nie wygląda.
- Co? – Brian uniósł wysoko rzadkie, ale ciemne brwi, robiąc tym samym na czole długie, głębokie zmarszczki. – Jakie Dayton? To są pastwiska Doque! Ty chyba jesteś nietutejszy.
- Wreszcie załapał! – wrzasnął załamany Joey, wznosząc ręce ku niebu. – Tak, jestem nietutejszy! Nie znam okolicy! Jestem daleko od domu, chociaż tak naprawdę jestem w swojej łazience! I nie wiem, co mam ze sobą zrobić! A ty mnie wkurzasz, bo się ze mnie śmiejesz, cały czas się na mnie gapisz i ubrany jesteś jak jakiś kopnięty…
- Hej, stop, halo, spauzuj – przerwał mu Brian. – Przykro mi, że się zgubiłeś, ale mnie już w to nie mieszaj. Nie chcę, żebyśmy się tu pogryźli, bo to się źle skończy.
Joey spuścił nieco powieki i przytaknął mu skinieniem głowy. Niebieskooki, nowo poznany chłopiec przyjrzał mu się – po raz setny – i uśmiechnął się lekko. Przyłożył palec do podbródka, a drugą ręką objął swój brzuch.
- To mówisz, że nie wiesz, co ze sobą zrobić? – Joe przytaknął ponuro. – No to chodź. – Złapał go za nadgarstek i pociągnął ze sobą w nieznany mu kierunek. – Jakoś sobie poradzimy.
Joey, który miał od niego krótsze nogi i biegł wolniej, więc ledwo nadążał. Nowy znajomy ściskał go za rękę zbyt mocno, ale wydawał się nie zdawać sobie z tego sprawy. Miał cholernie mocny uścisk.

Biegli przez zielone błonia, wzdłuż rzeki. Potem z łąk zrobiły się pola uprawne, a po jakimś czasie zaczęli mijać pierwsze domy. Były to nieduże jednorodzinne domki, wyróżniające się jaskrawymi kolorami, takimi jak zielony, niebieski, czy żółty.
- Ej, Brian… mogę się do ciebie zwracać Brian? – spytał zasapany Joey.
- Jasne, stary – odparł chłopak, nie zwalniając tempa. – A jak ty masz na imię, bo nie spytałem jeszcze?
- Joey jestem. No więc, Brian… - Zrobił pauzę na złapanie oddechu. – Przypomnisz, jak się nazywa ta miejscowość?
- Doque. Jesteśmy aktualnie na jego obrzeżach.
- A gdzie idziemy?
- Do Doque.

Joe nie pamiętał, kiedy krajobraz zmienił się z wiejskiego na miejski. Jakby za sprawą pstryknięcia palcem wokół niego pojawiły się duże zabudowania.
Nie wyglądało ono jednak jak Dayton. Raczej jak jakaś europejska starówka. Z uroczymi kamienicami i wtopionymi w ziemię kamieniami, zamiast asfaltu. Drogi były kręte i często strome, nie było czegoś takiego jak chodniki, czy sygnalizacja świetlna.
Ludzie chodzący po ulicy wyglądali, jakby uciekli z zakładu psychiatrycznego. Albo z jakiejś zamierzchłej epoki. Niektórzy panowie nosili staromodne garnitury i cylindry, a panie jasne suknie, z nieskończoną liczbą falbanek, i z parasolkami. Nieliczni ubrani byli całkiem normalnie, jak w rodzinnym mieście Joego, lub podobnie jak Brian. A inni nosili jakieś szmaty, wyglądające na kolekcję jakiegoś natchnionego projektanta. Co jakiś czas przez ulicę przejechała jakaś dorożka, ciągnięta przez konia. Tyle, ze konie były dziwie chude i miały dziwne pyski.
- Brian, zatrzymaj się na chwilę, proszę! – wysapał Joey, ledwo chodząc.
Brian zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na chłopaka.
- Zmęczyłeś się?
- O, jakiś ty spostrzegawczy – mruknął, ze zmęczeniem patrząc na niego załzawionymi oczami. – Ty się nawet nie zasapałeś.
- Bo to dystans jak rzut beretem – odparł lekko zdziwiony Brian. – Nie wierzę, że masz taką słabą kondycję. I buty do biegania masz lepsze od moich – dodał, unosząc jedną stopę, odzianą w potężne buciory z niebywale grubą podeszwą.
- Da… daj mi odsapnąć – poprosił Joey i oparł ręce o swoje kolana.
Brian wzruszył ramionami i zaczął przechadzać się wokół chłopca, z rękami na plecach. W końcu Joe uspokoił serce i wyprostował się. Dał sygnał, ze mogą iść dalej. Brian z błyskiem w oku znów złapał go za rękę i pociągnął biegiem za sobą.
Tym razem biegli krócej. Dwieście metrów dalej zatrzymali się przed wąską i wysoką kamienicą o ścianach w kolorze szaro-kremowym, ze zdobieniami wokół okien i z wielkimi drewnianymi drzwiami, w kolorze gorzkiej czekolady. Do wejścia prowadziły małe, zgrabne schodki.
- Ty tu… - wysapał Joey.
- Chodź, Joe, nie jęcz – popędzał go Brian. – Zapraszam do środka.
- To… to twój…? – zaczął Joe, ale nie zdążył dokończyć pytania, bo został siłą wciągnięty do środka. Sekundę później on i jego nowy znajomy znaleźli się w zaciemnionym, niewielkim korytarzu. Z boku stał duży wieszak na płaszcze, dalej korytarz prowadzący w głąb domu. Po lewej stały wielkie schody z białego marmuru. Wyglądały bardzo okazale, choć nasuwało się pytanie jak one się zmieściły w tak wąskim domu? – To twój dom?
- Tak. Podoba się?
- Jest bardzo duży – przyznał chłopak, rozglądając się po całym wnętrzu. – Niesamowity.
- Chodź na górę – powiedział Brian i pociągnął go na górę, po wielkich schodach.
- Co jest na parterze? – spytał Joe.
- Pralnia i kuchnia. Na pierwszym piętrze są jadalnia, salon i łazienka, a na drugim – druga łazienka i sypialnie. A jeszcze wyżej strych.
Pokonali schody i znaleźli się na piętrze. Tu korytarz był bardziej oświetlony i doskonale widać było ustawione przy ścianach popiersia jakichś ludzi, obrazy wiszące na ścianach i pasujące do klimatu kamienicy, brązowo-czerwone ściany.
Joe nagle sobie coś przypomniał.
- Nie zdjąłem butów.
- To nic, ja też. Możemy tu chodzić w butach.
Brian poprowadził gościa – tym razem bez ciągnięcia go za rękę – przez korytarz do salonu i kazał się rozgościć.
To pomieszczenie miało ten sam klimat, co korytarz. Barwne, pełne wzorów dywany, grube zasłony okien, wielki kominek z ozdobnymi brzegami, obrazy na ścianach i dwie duże, indyjskie kanapy, w kolorze czerwonym, obłożone niezliczoną ilością poduszek, o barwach pasujących do ich koloru.
- Jej… Ślicznie tu – mruknął Joey.
- Dziękuję – odrzekł Brian, rozsiadając się na jednej sofie. – Ja bym wolał coś nowocześniejszego, ale to ma klimat. I łazienki są ładne. Siadaj.
Chłopiec spoczął na drugiej kanapie, nie pozwalając nawet się oprzeć o poduszki.
- Coś ty taki spięty? – spytał gospodarz. – Pić chcesz? Głodny? Do toalety trzeba?
- Nie, nie. – Pokręcił głową. – Po prostu to nowe miejsce, muszę się oswoić…
- Ojej, a ty tylko o tym, że to dla ciebie nowe miejsce! Nigdy nie byłeś na wycieczce, daleko od domu?
- Nie no, byłem, ale…
- Sssz! Spokojnie – przerwał mu znów Brian i rozłożył się z butami na kanapie. Złapał dolną krawędź swojej za dużej koszulki, przyciągnął ją bliżej do twarzy i zaczął ją wnikliwie oglądać. Tym samym nieumyślnie odkrył swój brzuch. 
Joey zobaczył na nim mnóstwo paskudnych, długich i grubych blizn. Porozmieszczane były na całym jego chudym brzuchu, niczym przecinające się drogi w centrum miasta. Mocno wzdrygnął się na ten widok. Dlaczego ten chłopak miał tyle szram? Nie wyglądał, jakby miał kompleksy, czy depresję… Co go tak okaleczyło?
Brian nie zdawał sobie sprawy, że Joe spogląda na jego chudy, poraniony brzuch i nadal zajmował się krawędzią koszulki, próbując zdrapać z niej jakąś zaschniętą plamę. Jednak nagle przestał to robić. Widocznie coś przyszło mu do głowy.
- Wiesz, nigdy nie słyszałem o mieście Dayton, nie wiem nawet czy ono w ogóle istnieje, czy sobie tego nie zmyśliłeś - powiedział. - Ale skoro faktycznie nie znasz tutejszych terenów, to możesz zamieszkać u mnie.
Joey podniósł głowę i spojrzał na starszego chłopaka.
- Na… naprawdę? – zająknął się.
- Chyba nie na żarty – uśmiechnął się miło Brian. – Przecież nie możesz spać na ulicy. To nie jest bezpieczne miejsce. A ja jestem jedyną osobą, którą tu znasz.
- No... nie wiem, Brian…
- Zapewniam cię, jestem – a przynajmniej uważam się – za godnego zaufania – rzekł dumnie chłopak. – Przecież nie zgwałcę cię w nocy.
- Brr… Dzięki, naprawdę mnie przekonałeś… - bąknął Joe. – W sumie, to i tak nie mam innego wyjścia…
- Więc się zgadzasz, tak? – ożywił się Brian.
- No, tak…
Brian pisnął uradowany i usiadł wyprostowany na kanapie.
- A co tak właściwie robiłeś na pastwiskach? – Joe zaczął nowy temat.
- Długa historia. Miałem załatwić jedną sprawę na poczcie – mianowicie odebrać paczkę, ale gdy tam się stawiłem, odesłano mnie do urzędu, bo niby za długo czekała na odbiorcę. Jakby nie mogli jej chwilę potrzymać. Nie wiem dlaczego dali ją do urzędu, ale tam na mnie miała czekać. Nie czekała. Okazało się, że przez przypadek wysłano ją do innego miasta i mówiono mi, żebym pojechał na pocztę do Sharohal, by ją jakimś cudem odzyskać. Nawet nie dali mi odszkodowania, tylko jakieś pismo zaświadczające o pomyłce. No to nie wiem dlaczego, ale pojechałem i tam też nie znalazłem tej paczki. Więc się poddałem, ale tak wyszło, że taksówkarz się zwinął – chwilowo nie miałem własnego pojazdu. A ja nie miałem więcej pieniędzy, więc poszedłem na piechotę. Co jakiś czas próbowałem złapać stopa, aż pod dębem zobaczyłem kogoś, znaczy ciebie. Coś mnie podkusiło, żeby podejść, bo wydawałeś mi się dosyć dziwny. Wyglądałeś, jakbyś był trochę oszołomiony. No i dalej wiemy, co było.
Joey słuchał tego z uwagą, żeby nie zachować się chamsko. Zainteresowała go głównie druga część opowiadania. Przy okazji zaobserwował, że Brian jest bardzo wygadanym dzieckiem.
- Brian, ile ty masz lat? – spytał, uważnie mu się przyglądając.
- Dziewiętnaście.
- Twoi rodzice z tobą mieszkają?
- Nie. Odziedziczyłem po nich ten dom.
- Och… Mieszkasz tak całkiem sam?
- Nie, no co ty. Mam sprzątaczkę i dwie gospodynie. No i jest jeszcze Siergiej.
- Siergiej? Kto to?
Brian nie odpowiedział od razu. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś. Jakiegoś dźwięku, który był słyszalny chyba tylko dla niego.
- Wiesz, lepiej będzie, jak sam go poznasz. Nie będę ci o nim opowiadał. A, tylko jakby co, to ci podpowiem, że on nie lubi dyskryminacji.
Joe wybałuszył oczy. Miał ochotę dopytywać się, kim jest Siergiej, ale uznał, że to zbyt wścibskie i niegrzeczne.
Chwila, a co jeśli to jakiś pedofil, mieszkający na strychu?! Nie, może nie…
Brian najwyraźniej zauważył jego zmieszanie. Uniósł wysoko jedną brew, przyjmując minę lekko rozbawionego krytyka. Zaczął uważnie wpatrywać się w Joego, jakby spodziewał się, że ten zaraz zrobi coś, co będzie mógł opowiadać wnukom na stare lata.
- Nie chciałbyś czegoś zjeść? – zapytał po chwili, czy też zaproponował.
Joey nerwowo przejechał palcami po włosach. Znów poczuł, że są niemiłosiernie brudne.
- Eee… Jeśli to nie byłoby nadużywanie gościnności, to chciałbym się prędzej umyć, bo pewnie wyglądam jak świnia. Wstydzę się chodzić brudny po tak pięknym domu.
- Rozumiem – odparł chłopak, po czym wstał z sofy. – Chodź, objaśnię ci wszystkie zasady korzystania z łazienki.
Joe kiwnął głową i również wstał. Brian zaprowadził go do łazienki, znajdującej się na drugim końcu korytarza. Ten dom wydawał się dziwny. Z zewnątrz był wąski i wysoki, a w środku bardzo obszerny, wręcz luksusowy. No, może nie aż tak bardzo obszerny, ale bardziej niż wydaje się z zewnątrz.
Tuż przed wejściem do łazienki, Joego dopadła myśl, czy przypadkiem, kiedy otworzy te drzwi, nie znajdzie za nimi swojego domu. Myśl ta szybko zamieniła się w pragnienie. Nie, żeby chciał szybko uciekać od Briana (choć był on dla niego trochę straszny), ale nadal nie wiedział, skąd się tu wziął. A jego nowy znajomy albo nic nie wiedział o możliwości teleportacji za pomocą otwierania drzwi we własnym domu, albo udawał że nie wie.
Niestety jego marzenie rozwiało się, kiedy jego gospodarz otworzył drzwi. Ale i to szybko zostało zastąpione przez zachwyt. Łazienka była piękna. Biało-złota, z błyszczącymi kafelkami na podłodze i ścianach, pięknym, wielkim lustrem i przecudowną wanną na nóżkach, ze złotym kranem.
- Brian, jak to jest, że ilekroć wejdę do jakiegoś pomieszczenia w twoim domu, jest ono piękniejsze od drugiego? – zdołał z siebie wydusić chłopak.
Starszy chłopak wybuchł głośnym śmiechem.
- Wystarczy powiedzieć „piękna łazienka”, nie musisz mi się aż tak podlizywać.
Joey poczuł, że się rumieni. Szybko spuścił głowę i wszedł do pomieszczenia. Gospodarz domu wszedł za nim, zostawiając otwarte drzwi.
- Chyba wiesz, jak działa wanna, więc nie będę ci mówił. Tam na półce masz mydła, szampony, żele, odżywki, żyletki. Cała łazienka jest do twojej dyspozycji. Ja już biegnę po ręcznik. – Ledwie skończył mówić ostatnie słowo, już go nie było.
Joe niepewnie rozejrzał się jeszcze raz po łazience. Nalał wody do wanny, rozebrał się do naga i podniósł już jedną nogę, żeby wejść do ciepłej wody. W tej samej chwili do łazienki wpadł Brian z ręcznikiem w ręku. Tak przestraszył Joego, że ten pośliznął się na krawędzi wanny i wpadł do niej z wielkim pluskiem, robiąc przy tym dużo krzyku.
- O matko, Joey! – przeraził się sprawca zamieszania. – Przepraszam!
Joe wynurzył głowę na powierzchnię wody. Nogi nadal miał poza wanną. Zaczerpnął łapczywie powietrza i złapał się za brzegi wanny.
- To ja przepraszam, rozlałem wodę – odrzekł płaczliwie.
- Nic się nie stało, ważne że żyjesz! – odparł szybko Brian. – Wszystko w porządku?
- Tak, tak, w jak najlepszym. – Kiwnął głową i usadowił się w wannie. – To ja się szybko umyję i wychodzę.
- Nie spiesz się, mamy czas. Kucharka robi obiad, zjesz?
-Bardzo chętnie.
- Super. To ja ci zostawiam ten ręcznik, a ty się myj. – Powiedział, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Joey odetchnął z ulgą i zanurzył się po szyję w ciepłej wodzie. Nalał do niej szamponu, aby zaczęła się pienić. 
To miejsce jest chore. Ale przy tym bardzo ładne.
Myśląc o wszystkim, co go dzisiaj spotkało, dał się porwać chwili i wyluzować. Ciepła woda i pachnące płyny szybko ukoiły jego zmysły. Po chwili przestał już myśleć o swoim domu, o wściekłych żółwiach, o Doque i o innych niepokojących sprawach. Nalał na swoją głowę trochę miodowego szamponu i zaczął myć nim włosy.
Kiedy na jego głowie utworzyła się piana, spłukał ją natryskiem. Teraz mógł się spokojnie moczyć.
Lecz nagle poczuł gwałtowny ruch w wodzie. Przecież się nie ruszałem! Spojrzał na spienioną taflę wody i zauważył tam ruszające się Coś. Coś podłużnego i jasnego. Co to, do cholery?!
Podsunął się pod sam brzeg wanny. Z łomocącym sercem czuł, jak Coś dotyka jego nogi. Nagle to Coś zaczęło wynurzać się z wody. Joe zaczął się coraz bardziej bać.
Z wody wynurzyło się długowłose zwierzę z wielkimi, pomarańczowymi oczami. Długa, mokra sierść była całkiem obwisła i przylegała do ciała. Z pyska wyrastało temu czemuś sześć długich wąsów.
- Kot?! – zdziwił się Joey.
Zwierzę, które faktycznie było kotem wypluło wodę nagromadzoną w pysku i położyło uszy. Swoimi wielkimi oczami uważnie obserwowało twarz chłopca.
- Kici, kici, koteczku – szepnął Joe. – Co ty robisz w wannie?
- To co ty.
- Co?!!!
- Kąpię się, tumanie.
Ten kot mówi. Co to jest za dom?!
- Ale teraz ja się kąpię, więc psik, psik, uciekaj stąd.
- Mógłbyś przestać mówić do mnie jakimiś głupimi szyframi? To trochę denerwujące.
Joey nie miał pojęcia i nie wierzył w to, że koty potrafią mówić, nawet w tym porąbanym miejscu. Nie wierzył też, że sam do niego mówi.
- O… oczywiście – wyjąkał. Nagle przypomniał sobie, to co mówił Brian. – To… to ty jesteś Siergiej?
Kot wdrapał się na brzeg wanny i usiadł na nim, po czym otrzepał się i zaczął lizać łapy swoim różowym językiem.
- Tak, to ja – odpowiedział, przerywając czynność. – Nie przypominam sobie, byśmy byli sobie wcześniej przedstawieni. I jak najbardziej przepraszam, że poznaliśmy się w tych jakże niefortunnych okolicznościach.
- Tak… to trochę niefortunna sytuacja – zgodził się chłopak, zakrywając rękami krocze, mimo faktu, że zakrywała go pływająca po powierzchni wody piana. – Mam na imię Joey. Mogę spytać, dlaczego pan pływa w wannie, podczas kiedy ja się myję, panie Siergiej?
- Proszę mi wybaczyć, ale tak się składa, że to moja wanna i chyba mogę z niej korzystać kiedy chcę, prawda?      
- Ale proszę pana, ja chciałem się tu w spokoju umyć, po ciężkim dniu. – Chwila! Jak wszedłem do łazienki, to była godzina dziewiętnasta, a teraz jest ledwie po południu! Co to za polityka?!
- Ale proszę pana, ja chciałem w spokoju korzystać z mojej wanny – kłócił się z nim kot Siergiej. – Czy zdanie domownika się tu już nie liczy?
Joey uznał, że lepiej się już z tym kotem nie kłócić.
- To... to ja już może wyjdę, bo nie chcę się naprzykrzać – powiedział i szybko wyskoczył z wanny.
- Owinąłby pan swą goliznę ręcznikiem, panie Joe – zawołał za nim kot. Joey zarumienił się na całej twarzy. Sięgnął po miękki ręcznik, zostawiony mu przez Briana i dokładnie się nim wytarł, starając się przy tym nim zasłonić.
Siergiej wskoczył do wody i zaczął gonić w niej swój własny ogon.
Tymczasem chłopak ubrał się w swoje ubrania, wytarł dokładnie włosy i czym prędzej wyszedł z łazienki. Nie miał ochoty przebywać z tym kotem dłużej, niż wymagała tego sytuacja.
Przywołał wilgotne jeszcze włosy do porządku i ruszył korytarzem w stronę drzwi, które – jak podejrzewał – musiały prowadzić do jadalni. Otworzył je niepewnie i wszedł do środka. Nie mylił się.
Na środku dużego pomieszczenia stał długi stół, nakryty obrusem, przy którym stało osiem krzeseł przy dłuższych bokach i dwa przy krótszych. Na stole ustawione zostały nastrojowe świece i małe miski z ziemniakami i sałatkami.
Na honorowym miejscu – czyli u szczytu stołu siedział Brian. Ale był jakiś inny. Siedział dumnie, podpierając twarz dłonią i palec wskazujący trzymając przy skroni. Jego postać prezentowała się niezwykle władczo.
- Siadaj, Joe – powiedział uprzejmie, uśmiechając się szeroko. Joey powoli zajął miejsce naprzeciw niego, przy przeciwnym brzegu stołu. – Zaraz zostanie podany obiad. Lubisz kaczkę?
- Proszę?
- Czy twoje kubki smakowe lubują smak pieczonej kaczki? – powtórzył, powoli przeciągając każdą sylabę.
- Tak, oczywiście – odpowiedział bez namysłu Joey.
Ledwie skończył zdanie, do jadalni weszła lekko przygarbiona pani około sześćdziesiątki, z tacą, na której stały dwa talerze z pięknie opieczonym mięsem. Najpierw podeszła do Briana i postawiła przed nim jeden z talerzy, a następnie drugi podała Joemu.
- Smacznego, panowie – powiedziała, ukłoniła się i wyszła. Brian kiwnął w jej stronę głową i sięgnął po sztućce. Joe zawahał się.
- Brian… Właściwie po co świece? – spytał.
Chłopak podniósł wzrok znad jedzenia.
- Bo fajnie się przy nich je.
- Aha…
Brian uniósł brew.
- Co ci te świece zrobiły, że ci się nie podobają? – spytał.
- Nie, nie mówię, że mi się nie podobają, ale to trochę dla mnie krępujące.
- Czemu? – zdziwił się Brian.
- Bo u mnie świece są zapalane raczej do kolacji… we dwoje.
- Przecież jest nas dwóch.
- Ale dwóch… zakochanych osób. Bo dają romantyczny klimat.
- Mam to zrozumieć jako jakąś propozycję? – Brian spojrzał na niego niepewnie z ukosa.
- Nie, no co ty! Zresztą… nie ważne już – westchnął Joey i postanowił szybko zmienić temat: - Spotkałem Siergieja.
- I jak wrażenia?
- To… dość niespotykana istota. Oryginalna.
- Tak, gadający kot jest dość dziwny. Jedzże tą kaczkę!
Joey otrząsnął się i szybko chwycił za widelec i nóż. Posmakował pierwszego kęsa kaczki. Smakowała nieziemsko. Z chęcią dopadł całe danie.
Po chwili cały jego talerz był pusty. Brian był zszokowany, ale i pełen podziwu. Szybko dokończył swoje jedzenie, żeby nie wyjść na gorszego. Wytarł usta i spojrzał na Joego z uśmiechem. Właściwie odkąd się poznali, co chwilę atakował go tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.
- Smakowało? – spytał takim tonem, jakby mówił do sześcioletniego kuzyna.
Joe kiwnął energicznie głową. To zachowanie było dość dziecinne, jednak zrozumiał to już po fakcie. Brian zaśmiał się pod nosem.
- Cieszę się. Chcesz zobaczyć swoją sypialnię?
- Chętnie – odparł chłopak.
Brian wstał od stołu, podszedł do swego gościa i stanął za jego krzesłem. Złapał za jego oparcie i odsunął w momencie, kiedy Joey zaczął wstawać. Wyprowadził go z jadalni i poprowadził na drugie piętro.
Było tam pięć drzwi. Brian objaśnił, które z nich prowadzą do łazienki. Objaśnił też, że drzwi na końcu korytarza prowadzą na strych i tam wchodzić nie wolno.
Wprowadził Joego do jego pokoju. Sypialnia również nie ustępowała urokiem pozostałym pomieszczeniom, które dotąd zobaczył w tym domu. Dominował w nim kolor biały i kremowy. W pokoju znajdowały się białe firany i miodowe zasłony, wielkie łóżko z mleczną pościelą i daszkiem z zasłoną, jakie to zwykle bywają w łóżkach księżniczek, siwego dywanu, kanapy, komody i kilku innych detali.
- Pasuje? – zapytał właściciel domu.
Joe przytaknął, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Brian, ty wiesz, jaki ty masz wspaniały dom?!
- Chłopie, ja w nim mieszkam - zaśmiał się. - Więc owszem, wiem. 



**************
Cześć. Albowiem oto pojawił się pierwszy rozdział. Osobiście uważam, że jest nawet dobry. Trochę mało się w nim dzieje, ale to dopiero początek. Akcja będzie się stopniowo rozkręcać. Tak, tak. Można by powiedzieć "Narnia dla ubogich"... Mam tego świadomość. Opowiadanie będzie miało charakter humorystyczny, ale i nie tylko. Wytykajcie mi błędy, byłabym wam za to bardzo wdzięczna. Teraz będę dopracowywać kolejną notkę, ale wstępnie mogę powiedzieć, że pojawi się ona za tydzień.

5 komentarzy:

  1. GENIUSZ!
    To co tutaj tworzysz jest mistrzowskie i takie tajemnicze :D Huhu lubię taki klimacik :3 Szerze mówiąc, to się wkręciłam. Postacie mnie urzekły, bo są takie kontrastowe i w ogóle. No kurdę, podoba mi się!
    Czekam na nowy! :)

    Love,
    Chelle

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku, kocham Cię!
    To opowiadanie jest po prostu zajebiste. Postacie są po prostu urzekające! Gadający kot! <3
    Przepraszam, nie potrafię dzisiaj złożyć ciekawego i cokolwiek wnoszącego komentarza, wybacz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne opowiadanie! Gratuluję pomysłu.
    Źle napisałaś "kubki smakowe".
    Literę b w wyrazie kubki, zamieniłaś na p cx

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dopiero pierwszy rozdział, ale już ma super klimat. Już na samym początku pokochałam Briana<33 Świetne postaci! Ja osobiście bym się niezręcznie czuła, gdybym siedziała goła w wannie i by się okazało, że siedzi w niej kot.. O_O Spaliłabym się ze wstydu. Fajnie się czyta, idę nadrabiać resztę.

    OdpowiedzUsuń