niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział II "Mógłbyś używać dzwonka"



Brian zostawił Joego samego w pokoju. Chłopak jeszcze raz rozejrzał się po „swojej” sypialni. Będzie mu tu miło spać. To było pewne.
Dopiero po chwili zorientował się, że Brian zniknął. Nie wiedział co zrobić, więc podszedł do okna i obejrzał widok z niego.
Mało ruchliwa ulica, przechodzący ludzie, dużo światła… Nie jest źle.
Odwrócił się i spojrzał na łóżko. Jest takie wysokie, na pewno ma gruby materac, no i na pewno jest miękkie.
Dopadła go pokusa sprawdzenia, jak bardzo jest miękkie. Nastawił uszu, czy nikt nie nadchodzi i zrobił rozpęd.
Padł na materac płasko brzuchem, z rękami wyciągniętymi daleko przed siebie. Materac zgiął się maksymalnie i wypchnął go z powrotem do góry. Joey znów na sekundę znalazł się w powietrzu, po czym padł na białą pościel.
- O tak, już mi się tu podoba… - powiedział, sam do siebie i wtulił twarz w pachnącą kołdrę.
Nie obchodziło go już to, że znalazł się w jakimś obcym miejscu, nie przypominającego żadnego innego miejsca na świecie. Że nie wie, jak wrócić do domu… choć teoretycznie nadal był w swojej łazience.
Pościel pachniała lawendą, wiosną i wszystkim tym, co pięknie pachnie. Joe nie mógł się doczekać, aż wejdzie do tego łóżka i zaśnie.
Ale ten zapach uspokajający… Usypiający… Taki słodki…
Ziewnął przeciągle i zmrużył ślepia.

***

Pokój jest mroczny i ponury. Nic w nim nie ma. Tylko czarne ściany, spróchniała, drewniana podłoga i okna zamalowane czarną farbą. Przez dziury w szybach przebija się światło słoneczne. Chłopiec siedzi w kącie, z kolanami pod brodą i trzęsie się ze strachu. W drugim kącie siedzi odwrócony do niego tyłem człowiek, w ciemnym, długim płaszczu. Odwraca się do chłopca o zielonych oczach. Staje nad nim i patrzy mu w oczy. Wyszczerza się i pokazuje białe, trójkątne zęby.
- Joey, może już się obudź. W tych okolicach lepiej nie spać…

***

- Joey… Joey, może już się obudź. Trochę długo śpisz.
- Mhm? – mruknął Joe, otwierając oczy i podnosząc głowę. Nadal leżał na łóżku, plecami do góry. Nad nim stał Brian, lekko trząchając go ramieniem. Gdy chłopak całkiem się rozbudził, natychmiast zerwał się z łóżka. Co to był za sen?!
- Ja… ja wcale nie śpię – wyjąkał, poprawiając włosy.
- Tak. Wcale – mruknął Brian. – Spałeś dwie godziny.
- Co?!
- Chyba słyszysz. Nie śmiałem cię ruszyć, ale żeby tak zasypiać w biały dzień?
- Eee… No bo ta pościel… ona była taka miękka. Może faktycznie trochę mi się przysnęło. Brian, a może twoja kucharka dodała czegoś do tej kaczki?
Nie chciał tego powiedzieć. Po prostu powiedział to, o czym myślał, nie panując nad tym.
Brian wykrzywił swoje usta w dziwnym grymasie i podniósł brew.
- Nie, na pewno nie. Wtedy to i ja bym spał jak suseł. Musiałeś być bardzo zmęczony.
Nastąpiła chwila ciszy. Jednak Brian nie dał jej długo pożyć.
- Hej, chciałbyś wybrać się ze mną na małe przyjęcie rodzinne? – spytał, zmieniając temat. – Niestety moja obecność jest tam wymagana, a nie chcę zostawiać cię samego. Co ty na to?
Joe zastanowił się chwilę. W sumie czemu by nie pójść?
- Z miłą chęcią – odparł z uśmiechem.
- To świetnie – wyszczerzył się Brian. – Ale… pójdziesz w tym stroju, no nie?
Joey miał na sobie tylko starte jeansy, białą koszulkę z logo Nike oraz adidasy. Odzież mało wyjściowa.
- Nie mam nic innego – usprawiedliwił się skruszonym głosem.
- Spokojnie, pytam się tylko, bo ja też idę w zwykłym stroju – uspokoił go niebieskooki. – Jak dwie osoby idą podobnie ubrane, to jest raźniej pośród tych wszystkich pajaców w sukniach i garniturach.

Gdy byli już gotowi, ruszyli do wyjścia.
- Tylko postaraj się uważać na słowa, jak już tam będziemy, w porządku? Moja rodzina jest według mnie dość ograniczona i staroświecka, mogą się obrazić z byle powodu – powiedział Brian, gdy wychodzili.
- Jasne… postaram się – mruknął Joey. Coraz mniej cieszył się na spotkanie z obcymi ludźmi. Jednak wolał zostać w tym domu.
Przed domem, na ulicy stał nieduży, kryty powóz. Zaprzęgnięte było do niego niesamowite zwierzę. Sylwetkę miało gazeli, tylko że było wielkości konia. Na końcu chudych nóg miało rozdwojone, dość duże kopyta. Jego ogon nie należał do żadnego ze znanych mu zwierząt. Był długi, wąski i zakończony na końcu puszystym, siwym włosiem. Szyję zwierzę miało długą i gibką, ale jego głowa była najdziwniejsza.
Zwierzę zamiast łba ma tylko gołą, końską czaszkę. Przy dokładnym przyjrzeniu się można było zauważyć, jak spod krawędzi skóry, która kończyła się kilka centymetrów przed karkiem wystaje biała, sucha kość. Zupełnie jakby z czaszki zeszła skóra. Głowa stworzenia składała się z odkrytej kości, wraz z dolną szczęką – również z samej kości. Czaszka była jednak połączona niezbyt widocznymi ścięgnami. Dalej w stronę szyi zwierzę miało już skórę i sierść w barwie blado fioletowej. Ciekawe, jak wyglądałby pysk tego stworzenia, gdyby otworzyło ono swoją paszczę na całą szerokość.
Zwierzę miało niemożliwie długie uszy – co najmniej na metr długości. Wyglądały jak wydłużone końskie uszka.
- Matko, co to jest? – Po raz kolejny Joeyowi wyrwało się coś nieodpowiedniego.
Zwierzę odwróciło w jego stronę swój łeb i przeszyło go swoimi pustymi, czarnymi oczami. A może to oczodoły w czaszce?
- Wypłaszam sopie takie wysfiska – odpowiedziało ludzkim głosem, sepleniąc z powodu wędzidła w pysku. – Nie jestem cymś, tylko osobą, któla wymaqa sacunku. Eh, cy musę mieć to wełcidło?!
- Przykro mi, Fritz, ale to jest dziś konieczne – odparł Brian. – Jedziemy do mojej rodziny.
- Ojej, faktycnie – mruknęło smutno. Położyło swoje długie uszy i odwróciło łeb przed siebie.
Brian otworzył samodzielnie drzwi pojazdu i nakazał gestem, by jego towarzysz wsiadł pierwszy.
- Eee… A nie ma stangreta? – spytał Joe.
- W sensie faceta od otwierania drzwi? – spytał starszy chłopak. – Nie chcę marnować pieniędzy na takie błahostki. Sam umiem otwierać drzwi.
Ale stangret jest od powożenia…
- A… nikt nie powozi?
- Fritz powozi. Zna drogę.
Joey całkiem osłupiał, jednak szybko otrząsnął się i wsiadł do powozu. Za nim wskoczył Brian.
Wnętrze było czyste, schludne i bogate. Najlepsza skóra na siedzeniach, zasłony w gustownym kolorze, wszystko wyczyszczone na błysk. Niczym w sportowym samochodzie.
- Siadaj wygodnie i czuj się jak u siebie – rzekł.  - Złap się czegoś, bo będzie trzęsło.


Tak jak powiedział Brian, trzęsło niemiłosiernie. Joey musiał się mocno chwycić siedzenia, żeby nie spaść na podłogę. O dziwo, Brian siedział sobie z nogami na swoim miejscu i niczego się nie trzymał, a nie spadał. Nawet nie widać było, żeby podskakiwał na tych kocich łbach. 
Nie mogąc wytrzymać ciszy, która panowała od paru minut, Joey odezwał się:
- Od posiłku nie było widać nigdzie tego kota… Siergieja. To nie dziwne?
- Pewnie nadal się moczy. W sensie w wodzie. Potrafi tak całymi godzinami.
Im więcej się pytał, tym dziwniejszych rzeczy dowiadywał się o tym miejscu. Mimo to nie czuł się aż tak skrępowany, czy zestresowany.
- A jak mam się zachowywać w obecności innych? – zadał kolejne pytanie.
- Wiesz, umówmy się, że będziesz młodym synem hrabiego z dalekiego miasta. Przyjechałeś do mnie przy okazji… odnalezienia swojej zaginionej babci.
- Zaginionej babci? – Joey uniósł prawą brew.
- Coś wymyślisz. – Długowłosy machnął beztrosko ręką. W tej samej chwili powóz podskoczył tak bardzo, że oboje spadli na podłogę, obijając się o siebie. Brian spadł na Joego, wbijając w jego brzuch swój łokieć. Chłopak jęknął z bólu.
- Dojeżdżamy – stwierdził starszy.
Powóz zatrzymał się przed wielkim, białym domem. Na pierwszy rut oko widać było, że jego właściciel do biednych nie należy.
Brian podniósł się z Joego i pomógł mu wstać.
- Jesteśmy – oznajmił. – Nie bój się – dodał, widząc niepewność na twarzy chłopca.
- Nie boję się – zaprzeczył Joe.
- Tak, oczywiście – zaśmiał się.
Wyszli z powozu. Brian szepnął coś Fritzowi do ucha i wraz z Joey'em ruszyli do wejścia. Chwilę później starszy chłopak dowiódł, że nie jest normalnym człowiekiem, co Joey już wcześniej podejrzewał. Zamiast zadzwonić dzwonkiem czy kołatką, za całej siły walnął podeszwą glana w piękne, białe drzwi. Całą framugą aż zatrzęsło. Huk był tak głośny, że mogliby usłyszeć go wszyscy w tym domu i w okolicy.
Ze środka dobiegły go przytłumione głosy:
- Zaraz otworzę, to pewnie Brian…
Po chwili drzwi otworzyły się. Stanął w nich bogato ubrany mężczyzna z siwym zarostem i dostojną łysiną na głowie. Był niski i szeroki, jak dzwon.
On na pewno nie jest krewnym Briana. Na pewno nie – pomyślał Joey.
- Och, jak miło cię widzieć, Brianie, ale doprawdy, mógłbyś używać dzwonka – powiedział na wstępie owy pan. Obejrzał drzwi i zobaczył tam małe wgniecenie. Wytrzeszczył na nie swe wielkie oczy. – Brian, przez ciebie i przez twoje buty pójdziemy z torbami za naprawę drzwi.
- Po co je naprawiać? Teraz są bardziej realistyczne – uśmiechnął się przymilnie chłopak.
Jegomość westchnął ciężko, a jego wielki brzuch rozszerzył się niebezpiecznie. Spojrzał na Joego. Najprawdopodobniej dopiero teraz go zauważył.
- O, przyprowadziłeś osobę towarzyszącą! – zawołał. – Jaka jest pana godność, sir? – spytał, wyciągając rękę do chłopca.
- Ja… - zaczął Joey, jednak Brian trzepnął go brutalnie łokciem.
- To jest młody hrabia Joe Greenhigh – wtrącił. – Z hrabstwa Greenhigh.
- Wspaniale. Hrabiowie są u nas zawsze mile widziani. Wejdźcie, nie stójcie w progu.
Joey poczuł niemałą irytację, słuchając ostatniego zdania wypowiedzianego przez szlachcica. Przecież to on trzymał ich w wejściu i nie raczył ich od razu wpuścić…
- Witaj, Joe Greenhigh. Jestem sir George Watson. Miło pana poznać – kontynuował powitanie gospodarz wielkiego domu.
- Mi również jest szalenie miło – odparł grzecznie chłopak. Kątem oka dostrzegł szeroki uśmiech dumnego z niego Briana i również się uśmiechnął. Wyczuł, że jak na razie robi wszystko dobrze.
- Chodźcie do bawialni, panowie – zaprosił ich Watson. Brian ruszył pierwszy, a Joe zaraz za nim. W salonie, inaczej bawialni, siedziało już kilku jegomości i dam. Wszyscy ubrani byli bardzo dostojnie. Zbyt dostojnie. Goście zmierzyli go uważnie wzrokiem. Nie było to dla niego przyjemne. Wręcz męczące.

- Drodzy kuzyni, znajomi i krewni, pragnę wam przedstawić mojego przyjaciela, Joego Greenhigh – wypalił na wstępie Brian. – Przyjechał z odległego hrabstwa i zostanie tu na parę dni.
- Witamy – odezwał się jakiś pan z brązowymi bokobrodami i monoklem w oku. – W jakim celu pan przyjeżdża do Doque, panie Greenhigh?
- Proszę mi mówić Joey, proszę pana… - zaczął Joey, lecz coś mu przerwało. Syknął cicho z bólu, czując nacisk buta swojego kumpla na stopie. Z pewnością był to sygnał, że zrobił coś źle.
Spojrzał na niego kątem oka. Mina Briana zdradzała, że sam ma się z tego wyplątać. Joey przełknął nerwowo ślinę.
- Ech, przepraszam, czy jest tu gdzieś toaleta? – zapytał pana domu. – Potrzebuję do niej zawitać.
- Ja go zaprowadzę – zadeklarował się Brian. Swoim tonem dał do zrozumienia Joemu, że nie o to mu chodziło, ale załapał jego pomysł. Położył mu rękę na łopatkach i popchnął lekko w stronę wyjścia z salonu. - Chodź, chodź, już cię prowadzę do tej łazienki… 
Zatrzymali się w głębi korytarza.
– Już na początku strzeliłeś byka! – syknął Brian.
- Jak to?
Chłopak wepchnął go do łazienki i zamknął się w niej z nim.
- Gorszysz się przed nimi. Nie każ im mówić sobie po imieniu, bo to znaczy, że chcesz się do nich umizgiwać, a co gorsza, chcesz być przyjacielem. Masz się obnosić ze swoim nazwiskiem, być z niego dumny! To oni mają chcieć się przyjaźnić z tobą! Jesteś szlachcicem, jak oni, a może nawet...
Dalszą przemowę Briana przerwało głośne pukanie do drzwi.
- Panowie, dlaczego weszliście razem do łazienki? – odezwał się głos Georga.
- Szlag – zaklął Brian. – Eee… Ponieważ coś się zatkało i chcę pomóc!
- To niemożliwe. Mogę wejść?
- Ech… my już wychodzimy. – Pchnął drzwi i wyszedł wraz Joem na korytarz. – Temu panu się odechciało.
- Ach, rozumiem… Tak więc dołączcie do nas.
Chłopaki spojrzeli po sobie. Brian szybko dał spojrzeniem Joemu do zrozumienia, że ma uważać na to, co mówi i robi.
Wrócili więc obaj do salonu. Natychmiast podjęto rozmowę o wszystkim i o niczym. Joey wsłuchiwał się w to, co wszyscy mówili, odzywał się tylko, gdy został o coś zapytany i bardzo uważał, by nie popełnić jakiegoś błędu. Podano herbatę, gorzką, jednak chłopak z grzeczności wszystko wypił. W przeciwieństwie do Briana, który nawet nie kwapił się, by spróbować. Chłopak siedział lekceważąco na fotelu i biernie wpatrywał się w pokaźny biust jednej z pań. Nie wyglądał, jakby obchodziło cokolwiek, o czym mówią wszyscy.
Nagle po domu znów rozległo się pukanie do drzwi. Wszyscy zamilkli.
- To pewnie Hoggowie – powiedział sir Watson i wysłał lokaja, aby otworzył drzwi. Po upływie pół minuty do domu wpadło trzech, młodych, rudych chłopaków. Robiąc mnóstwo hałasu, przywitali się z każdym obecnym po kolei, ale szczególnie dokładnie z Brianem. Jeden z nich opadł całą masą na oparcie jego fotela i objął szyję chłopaka ramionami, niemal go dusząc. Dwóch kolejnych złapało go każdy po jednej ręce i zaczęło je ściskać i trząść.
- Hej, Brian, kopę lat, stary!
- Dawno się nie widzieliśmy!
- Tęskniłeś za nami, chłopie?
- Ech, oczywiście, że tak… - westchnął Brian. – Poznajcie mojego przyjaciela, Joego Greenhigh. – Wskazał na cichego chłopca.
- Witamy – powiedzieli chórem, po czym całkowicie stracili nim zainteresowanie, powracając do ich kuzyna. – Brian, jak to dobrze, że znów się spotykamy!
- No… wiem – mruknął ponuro chłopak.
Do pomieszczenia wkroczyło jakieś szanowne państwo w średnim wieku, najpewniej mąż i żona. Ta druga owinięta była ze wszystkich stron grubym, lisim futrem, a na głowie nosiła ogromny, różowy kapelusz, przykrywający jej rude włosy. Jej mąż miał na sobie biały garnitur, oraz buty, cylinder i krawat tego samego koloru. Nawet włosy miał tak siwe, że niemal śnieżne. W jego ubiorze kolorystycznie wyróżniała się tylko czerwona różyczka na piersi.
Ich ubiór nie wyglądał na modę XVIII wieku.
- Witajcie! – zawołał Watson i podszedł do nich z rozłożonymi ramionami. – Nareszcie jesteście! – Uścisnął dłoń mężczyźnie i ucałował rękę pani. – Jak wam minęła podróż?
- Była szalenie nużąca – odparła od razu kobieta. – Naprawdę ubolewam nad tym, że mieszkamy tak daleko.
Do uszu Joego dotarło ciche, ponure mruknięcie Briana:
- A ja nie…
- Ale w końcu jesteśmy! – dokończyła. – Matthew, Robin, Josh! – zawołała do chłopaków. – Mam nadzieję, że przywitaliście się ze wszystkimi, a nie wparowaliście tu jak świnie do chlewu?
- Przywitaliśmy się – odparł jeden z braci. Gdy Joey im się przyjrzał, był pewien, że są z jednej krwi. Byli niemal identyczni. Nie byli bliźniakami, bo widać było, że są w różnym wieku, ale praktycznie nie dało się ich odróżnić.


Spotkanie przeciągało się niemiłosiernie. Wszyscy obecni rozmawiali o tak nudnych rzeczach, że Joe mógłby sobie uszy odgryźć, żeby tylko tego nie słuchać. Rozmawiali o krykiecie, świętach, polowaniach, nie stronili też od obgadywania nieobecnych członków rodziny. A on tylko siedział i udawał, że słucha.
Brian również nie wykazywał dużego zainteresowania rozmową. Do czasu, gdy został poruszony jego temat.
- …uważam, że każdy powinien się żenić jak najwcześniej – mówiła swój monolog ruda pani, o imieniu Cecylia, co Joe zdążył wyłapać z rozmowy. – Brian ostatnio zmarnował szansę, a ta panienka ze Spring Valley była urocza. Do tego była na wysokiej pozycji w kraju i na pewno wszyscy by mu zazdrościli…
- Była zołzą – przerwał jej Brian. Wszyscy skierowali na niego wzrok. – Za nic bym jej nie przyjął do siebie. Pchała się do mnie, bo jestem bogaty i dlatego, że nikt inny jej nie chciał. A ona robiła wszystko, by nie zostać starą panną.
- Co ty wygadujesz, przecież była… jest najpiękniejszą dziewczyną w Spring Valley i w prowincjach! – oburzył się George Watson. – Taka dziewica to skarb!
- Wybacz, wuju, ale z tym, że nazwałeś ją dziewicą, nie mogę się zgodzić – odparł młody szlachcic. – Kto jak kto, ale ONA nie była dziewicą.
Wszyscy patrzyli na Briana, jak na nieopanowanego szaleńca. On nic sobie z tego nie robił i kontynuował swoją wypowiedź:
- A tak na marginesie to uważam, że nikt nie powinien się mieszać do tego, czy ktoś już sobie kogoś znalazł, czy jeszcze nie. Każdy sobie w końcu kogoś znajdzie. Nadjedzie to prędzej lub później.
Joey był pod wrażeniem jego brawury. Nie wiedział, czy sam potrafiłby tak odważnie się wypowiadać w gronie takich myślicieli.
- No cóż… A ty, Joe, jak uważasz? – spytał go niespodziewanie pan Watson.
Joe wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się, że dziś jeszcze będzie musiał się odzywać.
- Eee… Ja… Ja uważam podobnie, jak Brian. Według mnie każdy powinien mieć czas na znalezienie kogoś z kim mógłby spędzić resztę życia. Szukanie na szybko mija się z celem. O ile celem jest znalezienie miłości na lata, a najlepiej do śmierci.
Ku jego zdziwieniu wszyscy, którzy wysłuchali jego wypowiedzi, pokręcili aprobująco głową. Dziwne. Powiedział to samo co Brian, a jednak – w przeciwieństwie do kumpla – jego wypowiedź została uznana. Nie było to uczciwe, jednak poczuł niemałą satysfakcję.


Dalej spotkanie jakoś się potoczyło. Rozmowa przeszła na inny temat i wszyscy byli zadowoleni. Chociaż nie do końca.
Gdy zaczął zapadać zmrok, trójce rudych braci zaczęło się nudzić i zaczęli mocno rozrabiać. Na oko wyglądali na kilkanaście lat, a w tamtej chwili zachowywali się jak sześcioletnie dzieci.
Biegali po całym domu, krzyczeli na siebie i obijali się o ściany. Co dziwne, ich matka zupełnie nie zwracała na to uwagi. Lub udawała, że tego nie widzi.
Joey co chwilę zerkał na nich kątem oka. Nikt z nim i tak nie rozmawiał, więc uznał, że chociaż sobie popatrzy na ich żałosne wygłupy.
Jak przewidział, w końcu posunęli się za daleko. Zakradli się od tyłu od fotela Briana i zaczęli ciągnąć go za jego długie włosy. Chłopak krzyknął z bólu i zerwał się z miejsca. Rozkazał im, by przestali, dodając przy tym bardzo soczyste przekleństwo.
- Brian, jak ty się wyrażasz! – zwróciła mu uwagę jakaś wypudrowana ciotka.
- Jeszcze raz szarpniecie mnie za włosy, to wam tak… - Dalszy ciąg jego wymowy obfitował w niemal same wulgaryzmy, więc nie warto było go słuchać.
- Tak, to może się zemścisz, zamiast tylko gadać? – wyzwał go najwyższy z braci.
Brian zmarszczył groźnie brwi i bez ostrzeżenia rzucił się na rudzielca.
Potoczyli się obaj po podłodze, zwarci w mocnym uścisku, bijąc i drapiąc się po twarzach i szyjach. Matka Cecylia pisnęła z przerażenia i natychmiast zemdlała. Jednak nikt nie zaprzątał sobie nią głowy. Wszyscy rzucili się, żeby rozdzielić dwóch walczących młodzieńców.
Nie było to jednak łatwe zadanie. Oboje byli tak do siebie przyklejeni, do tego tak się szarpali, że ciężko było ich nawet dotknąć. Brian kopał Matthew, Robina, czy tam Josha glanem, za to jego wróg używał do walki głównie paznokci.
- Przestańcie, na miłość boską! – krzyczał ktoś. – Przestańcie się bić!
- Matthew, przestań!
- Brian!!!
Rudzielec znacznie górował nad Brianem masą i siłą, więc niemożliwie chudy chłopak nie miał zbyt wiele szans na wygranie walki. Jego bronią były ciężkie buty, jednak było to za mało na pokonanie kuzyna.
Matthew złapał go za dół koszulki i szarpnął za nią, lecz w tym samym czasie został złapany za ramiona przez dwóch dżentelmenów i odciągnięty od kuzyna.
Koszulka poderwała się do góry i odsłoniła brzuch Briana, cały w okropnych, grubych bliznach. Zanim chłopak zdążył zareagować, wszyscy je zauważyli i wykrzywili miny. Chłopak zauważył, co tak przykuło ich uwagę i szybko zakrył swój brzuch.
Joey podbiegł do niego i pomógł mu wstać. Brian niezgrabnie podniósł się, kurczowo trzymając go za ręce. Otrzepał się, wyrównał ubranie i spojrzał z uniesionymi brwiami na Matthew. Ten siedział na fotelu i trzymał się kurczowo za krocze, łypiąc na niego groźnie. Joe domyślił się, że podczas walki dostał glanem w czułe miejsce i na pewno nie jest mu z tym dobrze.
- To my już pójdziemy – powiedział oficjalnym tonem Brian. – Czeka na mnie jeszcze wiele spraw do załatwienia, które nie mogą zostać przełożone na później. Joey, idziemy.
Chłopiec, lekko oszołomiony całym zajściem, bez słowa ruszył do drzwi wraz z nim. Pan Watson odprowadził ich i szybko wrócił do reszty.
Dwaj chłopcy wsiedli do ich powozu, starszy zawołał coś do Fritza, a zwierzę natychmiast ruszyło kłusem. Było już całkiem ciemno, jedynie księżyc nieznacznie rozjaśniał granatowe niebo.
Gdy tylko Brian zamknął za sobą drzwi powozu stał się naburmuszony i zły. Miał bardzo ponurą minę. Jedną ręką trzymał się za brzuch, drugą za swoje szczupłe kolano.
- Brian…?
- Mhm? – fuknął.
- Eee… Nic ci nie jest? – spytał Joey.
- Jest świetnie. Ale moja duma mocno oberwała.
- Czemu?
Brian spojrzał na niego i uniósł jedną brew.
- Bo nie ma dżemu. Zostałem pobity.
- Ale to ty zacząłeś tą walkę.
- Zostałem sprowokowany. A ten debil, Matthew musiał… wrr! - warknął cicho.
Złość i frustracja wręcz parowały z niego, jak para z czajnika. Jego palce coraz mocniej zaciskały się na kolanie. Słychać było, jak strzelają mu kostki w dłoni. Wywoływało to nieprzyjemny dreszcz na plecach Joey’a.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał po raz kolejny.
Chłopak wyglądał, jakby go nie słyszał. Cały czas wpatrywał się w jakiś punkt obok głowy Joe’go, najwyraźniej myślami będąc gdzieś bardzo daleko.
- Brian, wróć! – zawołał do niego chłopak.
Brian spojrzał na niego rozgniewanym wzrokiem, który jednak szybko złagodniał.
- Wróciłem – mruknął, sztucznie się uśmiechając.
Zapanowała niezręczna cisza. Po chwili Joey postanowił ją przerwać.
- Brian, czy mogę… - zaczął, lecz szybko ugryzł się w język. Może lepiej byłoby nie pytać się, skąd ma te rany.
- Co?
- …mogę spytać, jak to jest możliwe, że ty i ten Matthew jesteście rodziną? - zadał wymijające pytanie.
- Nie jesteśmy z jednej krwi. Ich matka poślubiła brata mojego wuja. Ci rudzielcy od urodzenia dają mi w kość.
- Jak to od urodzenia?
- No… od czasów dziecięcych – poprawił się. – Zawsze, kiedy mają okazję, próbują wyprowadzić mnie z równowagi przy rodzinie.
- Dziś im się chyba udało – pomyślał na głos Joe.
Brian przytaknął posępnie.
- Mogę się im nie pokazywać przez pół roku…
- Daj spokój, nie będą ci tego wypominać. 
 Brian uniósł wysoko swoje brwi, robiąc na czole kilka głębokich zmarszczek.
- Założymy się, że będą wymyślać o tym dowcipy?


Powóz w końcu dojechał do domu Briana. Zmęczeni chłopcy wysiedli z niego i skierowali się do drzwi frontowych.
Brian jednak nagle zawrócił się i podszedł do Fritza. Złapał go za uzdę, rozpiął wszystkie zapięcia i ściągnął mu z łba niewygodne rzemienie.
- Obiecuję, że nigdy więcej nie będziesz musiał nosić wędzidła – powiedział, patrząc mu głęboko w oczy. Wdzięczne zwierzę parsknęło cicho i trząchnęło go w pierś pyskiem.
Joey przyglądał się temu z rozgrzanym sercem. Właśnie miał przed sobą przykład typowego, ale niezwykłego buntu nastolatka. To było piękne. Ale czy Brian nie jest za stary na bunty?
Fritz uniósł przednie nogi, na ile pozwalała mu ciasna uprząż, usiłując dumnie stanąć dęba. Podniósł się stosunkowo nisko, po czym opadł na cztery nogi i ruszył galopem przed siebie. Po chwili zniknął w ciemnościach ulicy.
Brian spojrzał na swojego towarzysza i powiedział:
- Wejdźmy do domu. Zjemy coś i czymś się zajmiemy.
Joey kiwnął głową. Wkroczyli do domu i weszli po schodach na piętro.
- Chodź, posiedzimy u mnie w pokoju, chcesz? – zapytał Brian.
- Chcę – odparł Joe.


W pokoju Briana zastali istny armagedon. Szafa była otwarta, a na podłodze i łóżku leżały porozwalane ubrania.
- To Siergiej – powiedział bez cienia wątpliwości chłopak.
- Ech, ze zwierzętami tak bywa – wzruszył ramionami Joe. Odruchowo włożył ręce do kieszeni spodni. Poczuł, że w jednej z nich znajduje się coś małego. Wyjął przedmiot z kieszeni i obejrzał. Od razu to poznał.
Był to jego ukochany odtwarzacz muzyki. Prostokątny, płaski, biały, z długimi kabelkami. Nie był już nowym sprzętem, ale nadal działał świetnie.
- Co to? – spytał Brian, zaglądając mu przez ramię.
- Mój iPod.
- Co?
- Odtwarzacz muzyki.
- A jak to działa?
Joe spojrzał na niego załamanym wzrokiem, jednak szybko uświadomił sobie, że Brian może faktycznie tego nie wiedzieć.
- Pokażę ci – powiedział i wsadził mu w uszy słuchawki, po czym włączył muzykę.
Przez chwilę na twarzy niebieskookiego gościło zaskoczenie i strach, jednak po chwili zamieniło się to w zainteresowanie i podziw. Po jakiejś minucie zaczął delikatnie kiwać głową.
- Co to za cudne dźwięki? – spytał.
- Muzyka.
- Znam muzykę. Ale tej nie słyszałem. Jak nazywa się ta muzyka?
- The Final Countdown”, Europe.
Joey wyjął Brianowi słuchawki z uszu.
- Dlaczego teraz nic nie słychać? – spytał chudzielec.
- Tak to właśnie działa. Tylko ty to słyszysz.
- No to posłuchajmy razem – zaproponował, uśmiechnięty od ucha do ucha. Niezbyt delikatnie wcisnął Joey’owi jeden kabel w ucho, a drugi sobie.
Gdy utwór dobiegł końca, zaczęli słuchać kolejnych piosenek. Wszystkie niesamowicie podobały się Brianowi. Przy „All For You” Motörhead, złapał Joe’go za ręce i zaczął z nim tańczyć.
Joe odłączył słuchawki od iPoda i położył go na łóżku, aby muzyka leciała wszędzie, a nie prosto do ich uszu.
Być może ich taniec wyglądał komicznie, ale obojgu było przy tym bardzo wesoło. Brian okręcał Joe’go pod swoją ręką, łapał go w pasie i przekręcał w różne strony, trochę jak w tango, ale bardziej delikatnie. Słowem to on kierował. Joey za to próbował dać mu przykład jak należy ładnie tańczyć.
W końcu oboje wyczerpali wszystkie siły i padli na podłogę. Joe rozłożył się szeroko na dywanie, próbując złapać oddech. Gdy nabrał trochę powietrza, wybuchł głośnym śmiechem, prawie się dławiąc.
- Czego rżysz? – wysapał Brian.
- Z nas. Co to było? – odparł, nadal rechocząc.
- Nie wiem. Ale mi się podobało – wyszczerzył się chłopak.
- Ha, nie umiesz tańczyć – zaśmiał się Joey.
- To mnie naucz, mistrzu.
- Uczę tylko ludzi z talentem. – Chłopak wypiął dumnie pierś.
Oboje parsknęli jeszcze głośniejszym śmiechem. Jednak nagle coś przerwało ich radość.
Drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Chłopcy aż podskoczyli z zaskoczenia i spojrzeli w tamtą stronę.
W ciemności korytarza nie było widać nic, oprócz dziwnych, małych ogników migocących w świetle żyrandola...


*********
Mhm... Umówmy się, że wy to ocenicie. Jakoś poszło, ale nie wiem, czy jest to dobry rozdział. Mało się w nim dzieje, ale dalej będzie trochę bardziej ciekawie. Tak myślę.
No... szkoła się skończyła, mamy dużo czasu na wszystko i wszyscy zadowoleni. W końcu mam czas na pisanie dwóch blogów (tak, mój drugi blog znów będzie działał).
Od następnego rozdziału będzie się robić... dziwnie. Więc się przygotujcie :) Zaczyna mi brakować materiałów na zapas, więc następna notka może się trochę spóźnić. 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział I "Nieznane (...) miejsce"



Joey obejrzał się za siebie. Drzwi zniknęły. Szkoda. Teraz nie wróci na korytarz.
Faktycznie znajdował się na jakimś polu, czy łące, przez które przepływała nieduża rzeczka. Obok niej rósł wielki dąb. Jego zielone liście w połowie przepuszczały promienie słońca, dając tym samym przepiękny, magiczny wręcz widok. Po trawie przemieszczały się wielkie jak piłki do koszykówki żółwie.
Do Joego zbliżała się obca postać. Słońce świeciło mu w oczy, więc nic nie widział, oprócz czarnego, wysokiego kształtu, który powoli stawał się coraz większy. Nie miał pojęcia czy ma się bać, czy nie. W końcu cała sytuacja była „dość” przerażająca. Do tego był głodny.
Chłopak obrócił się przodem do miejsca, gdzie przed chwilą były drzwi do jego łazienki, a teraz było tylko powietrze.
Nagle poczuł szczypiący ból na nodze. Jakby coś mocno się do niej zassało. Pisnął ze strachu i zaczął skakać jak opętany. Do jego łydki przyczepiony był nieduży żółw, któremu najwyraźniej zasmakowała jego noga.
- Auć! Puść! Ej! No, puszczaj, gadzie ty! – krzyczał do zwierzaka, który jednak nic sobie z tego nie robił.
Wściekły Joe złapał gada za skorupę i siłą oderwał go od swojej nogi. Warknął wściekle na biedne zwierzę i rzucił na trawę. Pomasował dłonią obolałą łydkę i odruchowo spojrzał w stronę, z której szła postać.
Ale ona zniknęła.
Joey wzdrygnął się i zesztywniał ze strachu. Co to za miejsce, w którym żółwie gryzą po nogach, a ludzie znikają jak gdyby nigdy nic?
Chłopak poczuł nieprzyjemny ucisk w przełyku. Jego instynkt nakazywał jak najszybszą ucieczkę.
- Hej – usłyszał za sobą.
Siedemnastolatek aż podskoczył z zaskoczenia. Odwrócił się i zobaczył tuż obok siebie obcego człowieka.
- Matko Boska! – zawołał, wytrzeszczając zielone ślepia.
Był to wysoki, chudy chłopak, przypuszczalnie o kilka lat starszy od niego, z niezwykle długimi, czarnymi włosami, sięgającymi mu do linii pępka, czy jak kto woli – do krzyża na plecach.
Miał na sobie przydużą czarną koszulkę, z jakimś kolorowym nadrukiem i obcisłe spodnie, ze sztucznej, błyszczącej skóry. Najdziwniejsze w całej jego osobie były jego buty – czarne, wysokie, skórzane glany. Czy jemu nie jest w tym gorąco?!
- Cześć, człowieku – powiedział nieznajomy, szczerząc się głupawo, ukazując rząd białych zębów. Wiercił Joego bezlitośnie wzrokiem, jakby był on jakimś pięknym kamieniem z księżyca. Jego oczy mocno zwracały na siebie uwagę. Były wielkie i dziko błękitne.
- Eee… Dzień dobry – wydusił Joe.
Natężenie nieziemskich oczu długowłosego cały czas wzrastało. Joey nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Wbił wzrok w swoje białe adidasy.
Chłopiec pochylił się, przekręcił głowę i spojrzał na jego twarz. Joey szybko podniósł wzrok.
- Czego ty chcesz? – spytał zdziwiony.
- Zobaczyć, czym jesteś – odparł bez wahania niebieskooki. – Właśnie, czym… znaczy kim ty jesteś?
- Czym… kim jestem? Żartujesz sobie?!
- Nie. – Chłopak podniósł głowę, machając przy tym prostymi włosami, które mocno błyszczały się w słońcu.
- Człowieku, ty mi lepiej coś powiedz! – krzyknął Joey. – Co to jest za miejsce i dlaczego znajduje się w mojej łazience, dlaczego tu jestem i kim ty jesteś!
Chłopak znów zaczął rechotać.
- Naprawdę jesteś jakiś nienormalny, czy tylko udajesz? Albo jesteś arystokratą, tak? – spytał, śmiejąc się.
Joe uniósł brwi w geście niezrozumienia.
- Ech… - westchnął nieznajomy, któremu dosłownie opadły ręce. – Dobrze, odpowiem ci, bo ty chyba na serio nie wiesz. Znajdujesz na łące, jesteś tu, bo pewnie tu przyszedłeś, ja jestem Brian, a z tą łazienką to pewnie ci się coś pomyliło. Już wszystko wiesz?
Joey skamieniał. Nie wiedział, jaką dać odpowiedź, by była równie ironiczna. Brian spojrzał na niego z ukosa.
- Coś się stało? – zapytał.
- N-nie… - wyjąkał chłopak. – Chyba nie…
- Co ty taki drętwy?
- Eee… no bo… wiesz, bo to jest takie… nieznane mi miejsce. Nie wiem skąd się tu wziąłem…
- Ale jak to nie wiesz? – przerwał mu Brian. – Ty jakiś ograniczony jesteś, czy co? Jak można nie wiedzieć, skąd się gdzieś wzięło?
- Ale ja zamierzałem wejść do swojej łazienki! A znalazłem się tutaj! – wybuchł Joe, gestykulując żywo rękami. – Nie chciałem tu być, ale to miejsce miało być moją łazienką, z kolei jej tu nie ma!
- Łazienkę? Łazienek zwykle nie buduje się na powietrzu, tylko w domach.
- Wrr...! – warknął zirytowany chłopak, zaciskając pięści. – Powiesz mi, jak mogę wrócić do Dayton, do mojego domu?! Bo to miejsce na Dayton mi nie wygląda.
- Co? – Brian uniósł wysoko rzadkie, ale ciemne brwi, robiąc tym samym na czole długie, głębokie zmarszczki. – Jakie Dayton? To są pastwiska Doque! Ty chyba jesteś nietutejszy.
- Wreszcie załapał! – wrzasnął załamany Joey, wznosząc ręce ku niebu. – Tak, jestem nietutejszy! Nie znam okolicy! Jestem daleko od domu, chociaż tak naprawdę jestem w swojej łazience! I nie wiem, co mam ze sobą zrobić! A ty mnie wkurzasz, bo się ze mnie śmiejesz, cały czas się na mnie gapisz i ubrany jesteś jak jakiś kopnięty…
- Hej, stop, halo, spauzuj – przerwał mu Brian. – Przykro mi, że się zgubiłeś, ale mnie już w to nie mieszaj. Nie chcę, żebyśmy się tu pogryźli, bo to się źle skończy.
Joey spuścił nieco powieki i przytaknął mu skinieniem głowy. Niebieskooki, nowo poznany chłopiec przyjrzał mu się – po raz setny – i uśmiechnął się lekko. Przyłożył palec do podbródka, a drugą ręką objął swój brzuch.
- To mówisz, że nie wiesz, co ze sobą zrobić? – Joe przytaknął ponuro. – No to chodź. – Złapał go za nadgarstek i pociągnął ze sobą w nieznany mu kierunek. – Jakoś sobie poradzimy.
Joey, który miał od niego krótsze nogi i biegł wolniej, więc ledwo nadążał. Nowy znajomy ściskał go za rękę zbyt mocno, ale wydawał się nie zdawać sobie z tego sprawy. Miał cholernie mocny uścisk.

Biegli przez zielone błonia, wzdłuż rzeki. Potem z łąk zrobiły się pola uprawne, a po jakimś czasie zaczęli mijać pierwsze domy. Były to nieduże jednorodzinne domki, wyróżniające się jaskrawymi kolorami, takimi jak zielony, niebieski, czy żółty.
- Ej, Brian… mogę się do ciebie zwracać Brian? – spytał zasapany Joey.
- Jasne, stary – odparł chłopak, nie zwalniając tempa. – A jak ty masz na imię, bo nie spytałem jeszcze?
- Joey jestem. No więc, Brian… - Zrobił pauzę na złapanie oddechu. – Przypomnisz, jak się nazywa ta miejscowość?
- Doque. Jesteśmy aktualnie na jego obrzeżach.
- A gdzie idziemy?
- Do Doque.

Joe nie pamiętał, kiedy krajobraz zmienił się z wiejskiego na miejski. Jakby za sprawą pstryknięcia palcem wokół niego pojawiły się duże zabudowania.
Nie wyglądało ono jednak jak Dayton. Raczej jak jakaś europejska starówka. Z uroczymi kamienicami i wtopionymi w ziemię kamieniami, zamiast asfaltu. Drogi były kręte i często strome, nie było czegoś takiego jak chodniki, czy sygnalizacja świetlna.
Ludzie chodzący po ulicy wyglądali, jakby uciekli z zakładu psychiatrycznego. Albo z jakiejś zamierzchłej epoki. Niektórzy panowie nosili staromodne garnitury i cylindry, a panie jasne suknie, z nieskończoną liczbą falbanek, i z parasolkami. Nieliczni ubrani byli całkiem normalnie, jak w rodzinnym mieście Joego, lub podobnie jak Brian. A inni nosili jakieś szmaty, wyglądające na kolekcję jakiegoś natchnionego projektanta. Co jakiś czas przez ulicę przejechała jakaś dorożka, ciągnięta przez konia. Tyle, ze konie były dziwie chude i miały dziwne pyski.
- Brian, zatrzymaj się na chwilę, proszę! – wysapał Joey, ledwo chodząc.
Brian zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na chłopaka.
- Zmęczyłeś się?
- O, jakiś ty spostrzegawczy – mruknął, ze zmęczeniem patrząc na niego załzawionymi oczami. – Ty się nawet nie zasapałeś.
- Bo to dystans jak rzut beretem – odparł lekko zdziwiony Brian. – Nie wierzę, że masz taką słabą kondycję. I buty do biegania masz lepsze od moich – dodał, unosząc jedną stopę, odzianą w potężne buciory z niebywale grubą podeszwą.
- Da… daj mi odsapnąć – poprosił Joey i oparł ręce o swoje kolana.
Brian wzruszył ramionami i zaczął przechadzać się wokół chłopca, z rękami na plecach. W końcu Joe uspokoił serce i wyprostował się. Dał sygnał, ze mogą iść dalej. Brian z błyskiem w oku znów złapał go za rękę i pociągnął biegiem za sobą.
Tym razem biegli krócej. Dwieście metrów dalej zatrzymali się przed wąską i wysoką kamienicą o ścianach w kolorze szaro-kremowym, ze zdobieniami wokół okien i z wielkimi drewnianymi drzwiami, w kolorze gorzkiej czekolady. Do wejścia prowadziły małe, zgrabne schodki.
- Ty tu… - wysapał Joey.
- Chodź, Joe, nie jęcz – popędzał go Brian. – Zapraszam do środka.
- To… to twój…? – zaczął Joe, ale nie zdążył dokończyć pytania, bo został siłą wciągnięty do środka. Sekundę później on i jego nowy znajomy znaleźli się w zaciemnionym, niewielkim korytarzu. Z boku stał duży wieszak na płaszcze, dalej korytarz prowadzący w głąb domu. Po lewej stały wielkie schody z białego marmuru. Wyglądały bardzo okazale, choć nasuwało się pytanie jak one się zmieściły w tak wąskim domu? – To twój dom?
- Tak. Podoba się?
- Jest bardzo duży – przyznał chłopak, rozglądając się po całym wnętrzu. – Niesamowity.
- Chodź na górę – powiedział Brian i pociągnął go na górę, po wielkich schodach.
- Co jest na parterze? – spytał Joe.
- Pralnia i kuchnia. Na pierwszym piętrze są jadalnia, salon i łazienka, a na drugim – druga łazienka i sypialnie. A jeszcze wyżej strych.
Pokonali schody i znaleźli się na piętrze. Tu korytarz był bardziej oświetlony i doskonale widać było ustawione przy ścianach popiersia jakichś ludzi, obrazy wiszące na ścianach i pasujące do klimatu kamienicy, brązowo-czerwone ściany.
Joe nagle sobie coś przypomniał.
- Nie zdjąłem butów.
- To nic, ja też. Możemy tu chodzić w butach.
Brian poprowadził gościa – tym razem bez ciągnięcia go za rękę – przez korytarz do salonu i kazał się rozgościć.
To pomieszczenie miało ten sam klimat, co korytarz. Barwne, pełne wzorów dywany, grube zasłony okien, wielki kominek z ozdobnymi brzegami, obrazy na ścianach i dwie duże, indyjskie kanapy, w kolorze czerwonym, obłożone niezliczoną ilością poduszek, o barwach pasujących do ich koloru.
- Jej… Ślicznie tu – mruknął Joey.
- Dziękuję – odrzekł Brian, rozsiadając się na jednej sofie. – Ja bym wolał coś nowocześniejszego, ale to ma klimat. I łazienki są ładne. Siadaj.
Chłopiec spoczął na drugiej kanapie, nie pozwalając nawet się oprzeć o poduszki.
- Coś ty taki spięty? – spytał gospodarz. – Pić chcesz? Głodny? Do toalety trzeba?
- Nie, nie. – Pokręcił głową. – Po prostu to nowe miejsce, muszę się oswoić…
- Ojej, a ty tylko o tym, że to dla ciebie nowe miejsce! Nigdy nie byłeś na wycieczce, daleko od domu?
- Nie no, byłem, ale…
- Sssz! Spokojnie – przerwał mu znów Brian i rozłożył się z butami na kanapie. Złapał dolną krawędź swojej za dużej koszulki, przyciągnął ją bliżej do twarzy i zaczął ją wnikliwie oglądać. Tym samym nieumyślnie odkrył swój brzuch. 
Joey zobaczył na nim mnóstwo paskudnych, długich i grubych blizn. Porozmieszczane były na całym jego chudym brzuchu, niczym przecinające się drogi w centrum miasta. Mocno wzdrygnął się na ten widok. Dlaczego ten chłopak miał tyle szram? Nie wyglądał, jakby miał kompleksy, czy depresję… Co go tak okaleczyło?
Brian nie zdawał sobie sprawy, że Joe spogląda na jego chudy, poraniony brzuch i nadal zajmował się krawędzią koszulki, próbując zdrapać z niej jakąś zaschniętą plamę. Jednak nagle przestał to robić. Widocznie coś przyszło mu do głowy.
- Wiesz, nigdy nie słyszałem o mieście Dayton, nie wiem nawet czy ono w ogóle istnieje, czy sobie tego nie zmyśliłeś - powiedział. - Ale skoro faktycznie nie znasz tutejszych terenów, to możesz zamieszkać u mnie.
Joey podniósł głowę i spojrzał na starszego chłopaka.
- Na… naprawdę? – zająknął się.
- Chyba nie na żarty – uśmiechnął się miło Brian. – Przecież nie możesz spać na ulicy. To nie jest bezpieczne miejsce. A ja jestem jedyną osobą, którą tu znasz.
- No... nie wiem, Brian…
- Zapewniam cię, jestem – a przynajmniej uważam się – za godnego zaufania – rzekł dumnie chłopak. – Przecież nie zgwałcę cię w nocy.
- Brr… Dzięki, naprawdę mnie przekonałeś… - bąknął Joe. – W sumie, to i tak nie mam innego wyjścia…
- Więc się zgadzasz, tak? – ożywił się Brian.
- No, tak…
Brian pisnął uradowany i usiadł wyprostowany na kanapie.
- A co tak właściwie robiłeś na pastwiskach? – Joe zaczął nowy temat.
- Długa historia. Miałem załatwić jedną sprawę na poczcie – mianowicie odebrać paczkę, ale gdy tam się stawiłem, odesłano mnie do urzędu, bo niby za długo czekała na odbiorcę. Jakby nie mogli jej chwilę potrzymać. Nie wiem dlaczego dali ją do urzędu, ale tam na mnie miała czekać. Nie czekała. Okazało się, że przez przypadek wysłano ją do innego miasta i mówiono mi, żebym pojechał na pocztę do Sharohal, by ją jakimś cudem odzyskać. Nawet nie dali mi odszkodowania, tylko jakieś pismo zaświadczające o pomyłce. No to nie wiem dlaczego, ale pojechałem i tam też nie znalazłem tej paczki. Więc się poddałem, ale tak wyszło, że taksówkarz się zwinął – chwilowo nie miałem własnego pojazdu. A ja nie miałem więcej pieniędzy, więc poszedłem na piechotę. Co jakiś czas próbowałem złapać stopa, aż pod dębem zobaczyłem kogoś, znaczy ciebie. Coś mnie podkusiło, żeby podejść, bo wydawałeś mi się dosyć dziwny. Wyglądałeś, jakbyś był trochę oszołomiony. No i dalej wiemy, co było.
Joey słuchał tego z uwagą, żeby nie zachować się chamsko. Zainteresowała go głównie druga część opowiadania. Przy okazji zaobserwował, że Brian jest bardzo wygadanym dzieckiem.
- Brian, ile ty masz lat? – spytał, uważnie mu się przyglądając.
- Dziewiętnaście.
- Twoi rodzice z tobą mieszkają?
- Nie. Odziedziczyłem po nich ten dom.
- Och… Mieszkasz tak całkiem sam?
- Nie, no co ty. Mam sprzątaczkę i dwie gospodynie. No i jest jeszcze Siergiej.
- Siergiej? Kto to?
Brian nie odpowiedział od razu. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś. Jakiegoś dźwięku, który był słyszalny chyba tylko dla niego.
- Wiesz, lepiej będzie, jak sam go poznasz. Nie będę ci o nim opowiadał. A, tylko jakby co, to ci podpowiem, że on nie lubi dyskryminacji.
Joe wybałuszył oczy. Miał ochotę dopytywać się, kim jest Siergiej, ale uznał, że to zbyt wścibskie i niegrzeczne.
Chwila, a co jeśli to jakiś pedofil, mieszkający na strychu?! Nie, może nie…
Brian najwyraźniej zauważył jego zmieszanie. Uniósł wysoko jedną brew, przyjmując minę lekko rozbawionego krytyka. Zaczął uważnie wpatrywać się w Joego, jakby spodziewał się, że ten zaraz zrobi coś, co będzie mógł opowiadać wnukom na stare lata.
- Nie chciałbyś czegoś zjeść? – zapytał po chwili, czy też zaproponował.
Joey nerwowo przejechał palcami po włosach. Znów poczuł, że są niemiłosiernie brudne.
- Eee… Jeśli to nie byłoby nadużywanie gościnności, to chciałbym się prędzej umyć, bo pewnie wyglądam jak świnia. Wstydzę się chodzić brudny po tak pięknym domu.
- Rozumiem – odparł chłopak, po czym wstał z sofy. – Chodź, objaśnię ci wszystkie zasady korzystania z łazienki.
Joe kiwnął głową i również wstał. Brian zaprowadził go do łazienki, znajdującej się na drugim końcu korytarza. Ten dom wydawał się dziwny. Z zewnątrz był wąski i wysoki, a w środku bardzo obszerny, wręcz luksusowy. No, może nie aż tak bardzo obszerny, ale bardziej niż wydaje się z zewnątrz.
Tuż przed wejściem do łazienki, Joego dopadła myśl, czy przypadkiem, kiedy otworzy te drzwi, nie znajdzie za nimi swojego domu. Myśl ta szybko zamieniła się w pragnienie. Nie, żeby chciał szybko uciekać od Briana (choć był on dla niego trochę straszny), ale nadal nie wiedział, skąd się tu wziął. A jego nowy znajomy albo nic nie wiedział o możliwości teleportacji za pomocą otwierania drzwi we własnym domu, albo udawał że nie wie.
Niestety jego marzenie rozwiało się, kiedy jego gospodarz otworzył drzwi. Ale i to szybko zostało zastąpione przez zachwyt. Łazienka była piękna. Biało-złota, z błyszczącymi kafelkami na podłodze i ścianach, pięknym, wielkim lustrem i przecudowną wanną na nóżkach, ze złotym kranem.
- Brian, jak to jest, że ilekroć wejdę do jakiegoś pomieszczenia w twoim domu, jest ono piękniejsze od drugiego? – zdołał z siebie wydusić chłopak.
Starszy chłopak wybuchł głośnym śmiechem.
- Wystarczy powiedzieć „piękna łazienka”, nie musisz mi się aż tak podlizywać.
Joey poczuł, że się rumieni. Szybko spuścił głowę i wszedł do pomieszczenia. Gospodarz domu wszedł za nim, zostawiając otwarte drzwi.
- Chyba wiesz, jak działa wanna, więc nie będę ci mówił. Tam na półce masz mydła, szampony, żele, odżywki, żyletki. Cała łazienka jest do twojej dyspozycji. Ja już biegnę po ręcznik. – Ledwie skończył mówić ostatnie słowo, już go nie było.
Joe niepewnie rozejrzał się jeszcze raz po łazience. Nalał wody do wanny, rozebrał się do naga i podniósł już jedną nogę, żeby wejść do ciepłej wody. W tej samej chwili do łazienki wpadł Brian z ręcznikiem w ręku. Tak przestraszył Joego, że ten pośliznął się na krawędzi wanny i wpadł do niej z wielkim pluskiem, robiąc przy tym dużo krzyku.
- O matko, Joey! – przeraził się sprawca zamieszania. – Przepraszam!
Joe wynurzył głowę na powierzchnię wody. Nogi nadal miał poza wanną. Zaczerpnął łapczywie powietrza i złapał się za brzegi wanny.
- To ja przepraszam, rozlałem wodę – odrzekł płaczliwie.
- Nic się nie stało, ważne że żyjesz! – odparł szybko Brian. – Wszystko w porządku?
- Tak, tak, w jak najlepszym. – Kiwnął głową i usadowił się w wannie. – To ja się szybko umyję i wychodzę.
- Nie spiesz się, mamy czas. Kucharka robi obiad, zjesz?
-Bardzo chętnie.
- Super. To ja ci zostawiam ten ręcznik, a ty się myj. – Powiedział, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Joey odetchnął z ulgą i zanurzył się po szyję w ciepłej wodzie. Nalał do niej szamponu, aby zaczęła się pienić. 
To miejsce jest chore. Ale przy tym bardzo ładne.
Myśląc o wszystkim, co go dzisiaj spotkało, dał się porwać chwili i wyluzować. Ciepła woda i pachnące płyny szybko ukoiły jego zmysły. Po chwili przestał już myśleć o swoim domu, o wściekłych żółwiach, o Doque i o innych niepokojących sprawach. Nalał na swoją głowę trochę miodowego szamponu i zaczął myć nim włosy.
Kiedy na jego głowie utworzyła się piana, spłukał ją natryskiem. Teraz mógł się spokojnie moczyć.
Lecz nagle poczuł gwałtowny ruch w wodzie. Przecież się nie ruszałem! Spojrzał na spienioną taflę wody i zauważył tam ruszające się Coś. Coś podłużnego i jasnego. Co to, do cholery?!
Podsunął się pod sam brzeg wanny. Z łomocącym sercem czuł, jak Coś dotyka jego nogi. Nagle to Coś zaczęło wynurzać się z wody. Joe zaczął się coraz bardziej bać.
Z wody wynurzyło się długowłose zwierzę z wielkimi, pomarańczowymi oczami. Długa, mokra sierść była całkiem obwisła i przylegała do ciała. Z pyska wyrastało temu czemuś sześć długich wąsów.
- Kot?! – zdziwił się Joey.
Zwierzę, które faktycznie było kotem wypluło wodę nagromadzoną w pysku i położyło uszy. Swoimi wielkimi oczami uważnie obserwowało twarz chłopca.
- Kici, kici, koteczku – szepnął Joe. – Co ty robisz w wannie?
- To co ty.
- Co?!!!
- Kąpię się, tumanie.
Ten kot mówi. Co to jest za dom?!
- Ale teraz ja się kąpię, więc psik, psik, uciekaj stąd.
- Mógłbyś przestać mówić do mnie jakimiś głupimi szyframi? To trochę denerwujące.
Joey nie miał pojęcia i nie wierzył w to, że koty potrafią mówić, nawet w tym porąbanym miejscu. Nie wierzył też, że sam do niego mówi.
- O… oczywiście – wyjąkał. Nagle przypomniał sobie, to co mówił Brian. – To… to ty jesteś Siergiej?
Kot wdrapał się na brzeg wanny i usiadł na nim, po czym otrzepał się i zaczął lizać łapy swoim różowym językiem.
- Tak, to ja – odpowiedział, przerywając czynność. – Nie przypominam sobie, byśmy byli sobie wcześniej przedstawieni. I jak najbardziej przepraszam, że poznaliśmy się w tych jakże niefortunnych okolicznościach.
- Tak… to trochę niefortunna sytuacja – zgodził się chłopak, zakrywając rękami krocze, mimo faktu, że zakrywała go pływająca po powierzchni wody piana. – Mam na imię Joey. Mogę spytać, dlaczego pan pływa w wannie, podczas kiedy ja się myję, panie Siergiej?
- Proszę mi wybaczyć, ale tak się składa, że to moja wanna i chyba mogę z niej korzystać kiedy chcę, prawda?      
- Ale proszę pana, ja chciałem się tu w spokoju umyć, po ciężkim dniu. – Chwila! Jak wszedłem do łazienki, to była godzina dziewiętnasta, a teraz jest ledwie po południu! Co to za polityka?!
- Ale proszę pana, ja chciałem w spokoju korzystać z mojej wanny – kłócił się z nim kot Siergiej. – Czy zdanie domownika się tu już nie liczy?
Joey uznał, że lepiej się już z tym kotem nie kłócić.
- To... to ja już może wyjdę, bo nie chcę się naprzykrzać – powiedział i szybko wyskoczył z wanny.
- Owinąłby pan swą goliznę ręcznikiem, panie Joe – zawołał za nim kot. Joey zarumienił się na całej twarzy. Sięgnął po miękki ręcznik, zostawiony mu przez Briana i dokładnie się nim wytarł, starając się przy tym nim zasłonić.
Siergiej wskoczył do wody i zaczął gonić w niej swój własny ogon.
Tymczasem chłopak ubrał się w swoje ubrania, wytarł dokładnie włosy i czym prędzej wyszedł z łazienki. Nie miał ochoty przebywać z tym kotem dłużej, niż wymagała tego sytuacja.
Przywołał wilgotne jeszcze włosy do porządku i ruszył korytarzem w stronę drzwi, które – jak podejrzewał – musiały prowadzić do jadalni. Otworzył je niepewnie i wszedł do środka. Nie mylił się.
Na środku dużego pomieszczenia stał długi stół, nakryty obrusem, przy którym stało osiem krzeseł przy dłuższych bokach i dwa przy krótszych. Na stole ustawione zostały nastrojowe świece i małe miski z ziemniakami i sałatkami.
Na honorowym miejscu – czyli u szczytu stołu siedział Brian. Ale był jakiś inny. Siedział dumnie, podpierając twarz dłonią i palec wskazujący trzymając przy skroni. Jego postać prezentowała się niezwykle władczo.
- Siadaj, Joe – powiedział uprzejmie, uśmiechając się szeroko. Joey powoli zajął miejsce naprzeciw niego, przy przeciwnym brzegu stołu. – Zaraz zostanie podany obiad. Lubisz kaczkę?
- Proszę?
- Czy twoje kubki smakowe lubują smak pieczonej kaczki? – powtórzył, powoli przeciągając każdą sylabę.
- Tak, oczywiście – odpowiedział bez namysłu Joey.
Ledwie skończył zdanie, do jadalni weszła lekko przygarbiona pani około sześćdziesiątki, z tacą, na której stały dwa talerze z pięknie opieczonym mięsem. Najpierw podeszła do Briana i postawiła przed nim jeden z talerzy, a następnie drugi podała Joemu.
- Smacznego, panowie – powiedziała, ukłoniła się i wyszła. Brian kiwnął w jej stronę głową i sięgnął po sztućce. Joe zawahał się.
- Brian… Właściwie po co świece? – spytał.
Chłopak podniósł wzrok znad jedzenia.
- Bo fajnie się przy nich je.
- Aha…
Brian uniósł brew.
- Co ci te świece zrobiły, że ci się nie podobają? – spytał.
- Nie, nie mówię, że mi się nie podobają, ale to trochę dla mnie krępujące.
- Czemu? – zdziwił się Brian.
- Bo u mnie świece są zapalane raczej do kolacji… we dwoje.
- Przecież jest nas dwóch.
- Ale dwóch… zakochanych osób. Bo dają romantyczny klimat.
- Mam to zrozumieć jako jakąś propozycję? – Brian spojrzał na niego niepewnie z ukosa.
- Nie, no co ty! Zresztą… nie ważne już – westchnął Joey i postanowił szybko zmienić temat: - Spotkałem Siergieja.
- I jak wrażenia?
- To… dość niespotykana istota. Oryginalna.
- Tak, gadający kot jest dość dziwny. Jedzże tą kaczkę!
Joey otrząsnął się i szybko chwycił za widelec i nóż. Posmakował pierwszego kęsa kaczki. Smakowała nieziemsko. Z chęcią dopadł całe danie.
Po chwili cały jego talerz był pusty. Brian był zszokowany, ale i pełen podziwu. Szybko dokończył swoje jedzenie, żeby nie wyjść na gorszego. Wytarł usta i spojrzał na Joego z uśmiechem. Właściwie odkąd się poznali, co chwilę atakował go tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.
- Smakowało? – spytał takim tonem, jakby mówił do sześcioletniego kuzyna.
Joe kiwnął energicznie głową. To zachowanie było dość dziecinne, jednak zrozumiał to już po fakcie. Brian zaśmiał się pod nosem.
- Cieszę się. Chcesz zobaczyć swoją sypialnię?
- Chętnie – odparł chłopak.
Brian wstał od stołu, podszedł do swego gościa i stanął za jego krzesłem. Złapał za jego oparcie i odsunął w momencie, kiedy Joey zaczął wstawać. Wyprowadził go z jadalni i poprowadził na drugie piętro.
Było tam pięć drzwi. Brian objaśnił, które z nich prowadzą do łazienki. Objaśnił też, że drzwi na końcu korytarza prowadzą na strych i tam wchodzić nie wolno.
Wprowadził Joego do jego pokoju. Sypialnia również nie ustępowała urokiem pozostałym pomieszczeniom, które dotąd zobaczył w tym domu. Dominował w nim kolor biały i kremowy. W pokoju znajdowały się białe firany i miodowe zasłony, wielkie łóżko z mleczną pościelą i daszkiem z zasłoną, jakie to zwykle bywają w łóżkach księżniczek, siwego dywanu, kanapy, komody i kilku innych detali.
- Pasuje? – zapytał właściciel domu.
Joe przytaknął, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Brian, ty wiesz, jaki ty masz wspaniały dom?!
- Chłopie, ja w nim mieszkam - zaśmiał się. - Więc owszem, wiem. 



**************
Cześć. Albowiem oto pojawił się pierwszy rozdział. Osobiście uważam, że jest nawet dobry. Trochę mało się w nim dzieje, ale to dopiero początek. Akcja będzie się stopniowo rozkręcać. Tak, tak. Można by powiedzieć "Narnia dla ubogich"... Mam tego świadomość. Opowiadanie będzie miało charakter humorystyczny, ale i nie tylko. Wytykajcie mi błędy, byłabym wam za to bardzo wdzięczna. Teraz będę dopracowywać kolejną notkę, ale wstępnie mogę powiedzieć, że pojawi się ona za tydzień.