Brian zostawił Joego samego w pokoju.
Chłopak jeszcze raz rozejrzał się po „swojej” sypialni. Będzie mu tu miło spać. To
było pewne.
Dopiero po chwili zorientował się, że Brian zniknął. Nie wiedział co zrobić, więc podszedł do okna i obejrzał widok z niego.
Mało ruchliwa ulica, przechodzący ludzie,
dużo światła… Nie jest źle.
Odwrócił się i spojrzał na łóżko. Jest
takie wysokie, na pewno ma gruby materac, no i na pewno jest miękkie.
Dopadła go pokusa sprawdzenia, jak bardzo
jest miękkie. Nastawił uszu, czy nikt nie nadchodzi i zrobił rozpęd.
Padł na materac płasko brzuchem, z rękami
wyciągniętymi daleko przed siebie. Materac zgiął się maksymalnie i wypchnął go
z powrotem do góry. Joey znów na sekundę znalazł się w powietrzu, po czym padł
na białą pościel.
- O tak, już mi się tu podoba… - powiedział,
sam do siebie i wtulił twarz w pachnącą kołdrę.
Nie obchodziło go już to, że znalazł się w
jakimś obcym miejscu, nie przypominającego żadnego innego miejsca na świecie. Że
nie wie, jak wrócić do domu… choć teoretycznie nadal był w swojej łazience.
Pościel pachniała lawendą, wiosną i
wszystkim tym, co pięknie pachnie. Joe nie mógł się doczekać, aż wejdzie do
tego łóżka i zaśnie.
Ale ten zapach uspokajający… Usypiający…
Taki słodki…
Ziewnął przeciągle i zmrużył ślepia.
***
Pokój jest mroczny i ponury. Nic w nim nie
ma. Tylko czarne ściany, spróchniała, drewniana podłoga i okna zamalowane
czarną farbą. Przez dziury w szybach przebija się światło słoneczne. Chłopiec
siedzi w kącie, z kolanami pod brodą i trzęsie się ze strachu. W drugim kącie
siedzi odwrócony do niego tyłem człowiek, w ciemnym, długim płaszczu. Odwraca
się do chłopca o zielonych oczach. Staje nad nim i patrzy mu w oczy. Wyszczerza
się i pokazuje białe, trójkątne zęby.
- Joey, może już się obudź. W tych okolicach
lepiej nie spać…
***
- Joey… Joey, może już się obudź. Trochę
długo śpisz.
- Mhm? – mruknął Joe, otwierając oczy i
podnosząc głowę. Nadal leżał na łóżku, plecami do góry. Nad nim stał Brian,
lekko trząchając go ramieniem. Gdy chłopak całkiem się rozbudził, natychmiast
zerwał się z łóżka. Co to był za sen?!
- Ja… ja wcale nie śpię – wyjąkał,
poprawiając włosy.
- Tak. Wcale – mruknął Brian. – Spałeś dwie
godziny.
- Co?!
- Chyba słyszysz. Nie śmiałem cię ruszyć,
ale żeby tak zasypiać w biały dzień?
- Eee… No bo ta pościel… ona była taka
miękka. Może faktycznie trochę mi się przysnęło. Brian, a może twoja kucharka
dodała czegoś do tej kaczki?
Nie chciał tego powiedzieć. Po prostu
powiedział to, o czym myślał, nie panując nad tym.
Brian wykrzywił swoje usta w dziwnym
grymasie i podniósł brew.
- Nie, na pewno nie. Wtedy to i ja bym spał
jak suseł. Musiałeś być bardzo zmęczony.
Nastąpiła chwila ciszy. Jednak Brian nie dał
jej długo pożyć.
- Hej, chciałbyś wybrać się ze mną na małe
przyjęcie rodzinne? – spytał, zmieniając temat. – Niestety moja obecność jest
tam wymagana, a nie chcę zostawiać cię samego. Co ty na to?
Joe zastanowił się chwilę. W sumie
czemu by nie pójść?
- Z miłą chęcią – odparł z uśmiechem.
- To świetnie – wyszczerzył się Brian.
– Ale… pójdziesz w tym stroju, no nie?
Joey miał na sobie tylko starte jeansy,
białą koszulkę z logo Nike oraz adidasy. Odzież mało wyjściowa.
- Nie mam nic innego – usprawiedliwił się
skruszonym głosem.
- Spokojnie, pytam się tylko, bo ja też idę w
zwykłym stroju – uspokoił go niebieskooki. – Jak dwie osoby idą podobnie
ubrane, to jest raźniej pośród tych wszystkich pajaców w sukniach i
garniturach.
Gdy byli już gotowi, ruszyli do wyjścia.
- Tylko postaraj się uważać na słowa, jak
już tam będziemy, w porządku? Moja rodzina jest według mnie dość ograniczona i
staroświecka, mogą się obrazić z byle powodu – powiedział Brian, gdy
wychodzili.
- Jasne… postaram się – mruknął Joey.
Coraz mniej cieszył się na spotkanie z obcymi ludźmi. Jednak wolał zostać w tym
domu.
Przed domem, na ulicy stał nieduży, kryty
powóz. Zaprzęgnięte było do niego niesamowite zwierzę. Sylwetkę miało gazeli,
tylko że było wielkości konia. Na końcu chudych nóg miało rozdwojone, dość duże
kopyta. Jego ogon nie należał do żadnego ze znanych mu zwierząt. Był długi,
wąski i zakończony na końcu puszystym, siwym włosiem. Szyję zwierzę miało długą
i gibką, ale jego głowa była najdziwniejsza.
Zwierzę zamiast łba ma tylko gołą, końską czaszkę. Przy dokładnym
przyjrzeniu się można było zauważyć, jak spod krawędzi skóry, która kończyła się kilka centymetrów przed karkiem wystaje biała, sucha kość. Zupełnie jakby z czaszki zeszła skóra. Głowa stworzenia
składała się z odkrytej kości, wraz z dolną szczęką – również z
samej kości. Czaszka była jednak połączona niezbyt widocznymi ścięgnami. Dalej
w stronę szyi zwierzę miało już skórę i sierść w barwie blado fioletowej. Ciekawe, jak
wyglądałby pysk tego stworzenia, gdyby otworzyło ono swoją paszczę na całą
szerokość.
Zwierzę miało niemożliwie długie uszy – co
najmniej na metr długości. Wyglądały jak wydłużone końskie uszka.
- Matko, co to jest? – Po raz kolejny
Joeyowi wyrwało się coś nieodpowiedniego.
Zwierzę odwróciło w jego stronę swój łeb i
przeszyło go swoimi pustymi, czarnymi oczami. A może to oczodoły w czaszce?
- Wypłaszam sopie takie wysfiska –
odpowiedziało ludzkim głosem, sepleniąc z powodu wędzidła w pysku. – Nie jestem
cymś, tylko osobą, któla wymaqa sacunku. Eh, cy musę mieć to wełcidło?!
- Przykro mi, Fritz, ale to jest dziś konieczne
– odparł Brian. – Jedziemy do mojej rodziny.
- Ojej, faktycnie – mruknęło smutno. Położyło
swoje długie uszy i odwróciło łeb przed siebie.
Brian otworzył samodzielnie drzwi pojazdu i
nakazał gestem, by jego towarzysz wsiadł pierwszy.
- Eee… A nie ma stangreta? – spytał Joe.
- W sensie faceta od otwierania drzwi? –
spytał starszy chłopak. – Nie chcę marnować pieniędzy na takie błahostki. Sam
umiem otwierać drzwi.
Ale stangret jest od powożenia…
- A… nikt nie powozi?
- Fritz powozi. Zna drogę.
Joey całkiem osłupiał, jednak szybko
otrząsnął się i wsiadł do powozu. Za nim wskoczył Brian.
Wnętrze było czyste, schludne i bogate. Najlepsza skóra na siedzeniach, zasłony w gustownym kolorze, wszystko wyczyszczone na błysk. Niczym w sportowym samochodzie.
Wnętrze było czyste, schludne i bogate. Najlepsza skóra na siedzeniach, zasłony w gustownym kolorze, wszystko wyczyszczone na błysk. Niczym w sportowym samochodzie.
- Siadaj wygodnie i czuj się jak u siebie –
rzekł. - Złap się czegoś,
bo będzie trzęsło.
Tak jak powiedział Brian, trzęsło
niemiłosiernie. Joey musiał się mocno chwycić siedzenia, żeby nie spaść na
podłogę. O dziwo, Brian siedział sobie z nogami na swoim miejscu i niczego się nie trzymał,
a nie spadał. Nawet nie widać było, żeby podskakiwał na tych kocich łbach.
Nie mogąc wytrzymać ciszy, która panowała od paru minut, Joey odezwał się:
Nie mogąc wytrzymać ciszy, która panowała od paru minut, Joey odezwał się:
- Od posiłku nie było widać nigdzie tego
kota… Siergieja. To nie dziwne?
- Pewnie nadal się moczy. W sensie w wodzie.
Potrafi tak całymi godzinami.
Im więcej się pytał, tym dziwniejszych
rzeczy dowiadywał się o tym miejscu. Mimo to nie czuł się aż tak skrępowany,
czy zestresowany.
- A jak mam się zachowywać w obecności
innych? – zadał kolejne pytanie.
- Wiesz, umówmy się, że będziesz młodym
synem hrabiego z dalekiego miasta. Przyjechałeś do mnie przy okazji… odnalezienia
swojej zaginionej babci.
- Zaginionej babci? – Joey uniósł prawą
brew.
- Coś wymyślisz. – Długowłosy machnął
beztrosko ręką. W tej samej chwili powóz podskoczył tak bardzo, że oboje spadli
na podłogę, obijając się o siebie. Brian spadł na Joego, wbijając w jego brzuch
swój łokieć. Chłopak jęknął z bólu.
- Dojeżdżamy – stwierdził starszy.
Powóz zatrzymał się przed wielkim, białym
domem. Na pierwszy rut oko widać było, że jego właściciel do biednych nie należy.
Brian podniósł się z Joego i pomógł mu
wstać.
- Jesteśmy – oznajmił. – Nie bój się –
dodał, widząc niepewność na twarzy chłopca.
- Nie boję się – zaprzeczył Joe.
- Tak, oczywiście – zaśmiał się.
Wyszli z powozu. Brian szepnął coś Fritzowi
do ucha i wraz z Joey'em ruszyli do wejścia. Chwilę później starszy chłopak dowiódł, że
nie jest normalnym człowiekiem, co Joey już wcześniej podejrzewał. Zamiast zadzwonić dzwonkiem czy kołatką, za całej siły walnął podeszwą
glana w piękne, białe drzwi. Całą framugą aż zatrzęsło. Huk był tak głośny,
że mogliby usłyszeć go wszyscy w tym domu i w okolicy.
Ze środka dobiegły go przytłumione głosy:
- Zaraz otworzę, to pewnie Brian…
Po chwili drzwi otworzyły się. Stanął w nich bogato ubrany mężczyzna z siwym zarostem i dostojną łysiną na głowie. Był niski i szeroki, jak dzwon.
On na pewno nie jest krewnym Briana. Na
pewno nie – pomyślał Joey.
- Och, jak miło cię widzieć, Brianie, ale
doprawdy, mógłbyś używać dzwonka – powiedział na wstępie owy pan. Obejrzał
drzwi i zobaczył tam małe wgniecenie. Wytrzeszczył na nie swe wielkie oczy. –
Brian, przez ciebie i przez twoje buty pójdziemy z torbami za naprawę drzwi.
- Po co je naprawiać? Teraz są bardziej
realistyczne – uśmiechnął się przymilnie chłopak.
Jegomość westchnął ciężko, a jego wielki
brzuch rozszerzył się niebezpiecznie. Spojrzał na Joego. Najprawdopodobniej dopiero teraz go
zauważył.
- O, przyprowadziłeś osobę towarzyszącą! –
zawołał. – Jaka jest pana godność, sir? – spytał, wyciągając rękę do chłopca.
- Ja… - zaczął Joey, jednak Brian
trzepnął go brutalnie łokciem.
- To jest młody hrabia Joe Greenhigh –
wtrącił. – Z hrabstwa Greenhigh.
- Wspaniale. Hrabiowie są u nas zawsze mile
widziani. Wejdźcie, nie stójcie w progu.
Joey poczuł niemałą irytację, słuchając
ostatniego zdania wypowiedzianego przez szlachcica. Przecież to on trzymał ich
w wejściu i nie raczył ich od razu wpuścić…
- Witaj, Joe Greenhigh. Jestem sir George Watson. Miło pana poznać –
kontynuował powitanie gospodarz wielkiego domu.
- Mi również jest szalenie miło – odparł
grzecznie chłopak. Kątem oka dostrzegł szeroki uśmiech dumnego z niego Briana i
również się uśmiechnął. Wyczuł, że jak na razie robi wszystko dobrze.
- Chodźcie do bawialni, panowie – zaprosił
ich Watson. Brian ruszył pierwszy, a Joe zaraz za nim. W salonie, inaczej
bawialni, siedziało już kilku jegomości i dam. Wszyscy ubrani byli bardzo
dostojnie. Zbyt dostojnie. Goście zmierzyli go uważnie wzrokiem. Nie było to dla
niego przyjemne. Wręcz męczące.
- Drodzy kuzyni, znajomi i krewni, pragnę
wam przedstawić mojego przyjaciela, Joego Greenhigh – wypalił na wstępie Brian. – Przyjechał z odległego hrabstwa i zostanie tu na parę dni.
- Witamy – odezwał się jakiś pan z brązowymi
bokobrodami i monoklem w oku. – W jakim celu pan przyjeżdża do Doque, panie
Greenhigh?
- Proszę mi mówić Joey, proszę pana… - zaczął
Joey, lecz coś mu przerwało. Syknął cicho z bólu, czując nacisk buta swojego
kumpla na stopie. Z pewnością był to sygnał, że zrobił coś źle.
Spojrzał na niego kątem oka. Mina Briana
zdradzała, że sam ma się z tego wyplątać. Joey przełknął nerwowo ślinę.
- Ech, przepraszam, czy jest tu gdzieś
toaleta? – zapytał pana domu. – Potrzebuję do niej zawitać.
- Ja go zaprowadzę – zadeklarował się Brian.
Swoim tonem dał do zrozumienia Joemu, że nie o to mu chodziło, ale załapał jego
pomysł. Położył mu rękę na łopatkach i popchnął lekko w stronę wyjścia z
salonu. - Chodź, chodź, już cię prowadzę do tej
łazienki…
Zatrzymali się w głębi korytarza.
– Już na początku strzeliłeś byka! – syknął Brian.
Zatrzymali się w głębi korytarza.
– Już na początku strzeliłeś byka! – syknął Brian.
- Jak to?
Chłopak wepchnął go do łazienki i zamknął
się w niej z nim.
- Gorszysz się przed nimi. Nie każ im mówić
sobie po imieniu, bo to znaczy, że chcesz się do nich umizgiwać, a co gorsza, chcesz być przyjacielem. Masz się obnosić ze
swoim nazwiskiem, być z niego dumny! To oni mają chcieć się przyjaźnić z tobą! Jesteś szlachcicem, jak oni, a może nawet...
Dalszą przemowę Briana przerwało głośne
pukanie do drzwi.
- Panowie, dlaczego weszliście razem do
łazienki? – odezwał się głos Georga.
- Szlag – zaklął Brian. – Eee… Ponieważ
coś się zatkało i chcę pomóc!
- To niemożliwe. Mogę wejść?
- Ech… my już wychodzimy. – Pchnął drzwi i
wyszedł wraz Joem na korytarz. – Temu panu się odechciało.
- Ach, rozumiem… Tak więc dołączcie do nas.
Chłopaki spojrzeli po sobie. Brian szybko
dał spojrzeniem Joemu do zrozumienia, że ma uważać na to, co mówi i robi.
Wrócili więc obaj do salonu. Natychmiast
podjęto rozmowę o wszystkim i o niczym. Joey wsłuchiwał się w to, co wszyscy
mówili, odzywał się tylko, gdy został o coś zapytany i bardzo uważał, by nie
popełnić jakiegoś błędu. Podano herbatę, gorzką, jednak chłopak z grzeczności
wszystko wypił. W przeciwieństwie do Briana, który nawet nie kwapił się, by
spróbować. Chłopak siedział lekceważąco na fotelu i biernie wpatrywał się w pokaźny
biust jednej z pań. Nie wyglądał, jakby obchodziło cokolwiek, o czym mówią
wszyscy.
Nagle po domu znów rozległo się pukanie do
drzwi. Wszyscy zamilkli.
- To pewnie Hoggowie – powiedział sir Watson
i wysłał lokaja, aby otworzył drzwi. Po upływie pół minuty do domu wpadło
trzech, młodych, rudych chłopaków. Robiąc mnóstwo hałasu, przywitali się z
każdym obecnym po kolei, ale szczególnie dokładnie z Brianem. Jeden z nich
opadł całą masą na oparcie jego fotela i objął szyję chłopaka ramionami, niemal go
dusząc. Dwóch kolejnych złapało go każdy po jednej ręce i zaczęło je ściskać i
trząść.
- Hej, Brian, kopę lat, stary!
- Dawno się nie widzieliśmy!
- Tęskniłeś za nami, chłopie?
- Ech, oczywiście, że tak… - westchnął
Brian. – Poznajcie mojego przyjaciela, Joego Greenhigh. – Wskazał na cichego chłopca.
- Witamy – powiedzieli chórem, po czym
całkowicie stracili nim zainteresowanie, powracając do ich kuzyna. – Brian, jak to dobrze, że znów się
spotykamy!
- No… wiem – mruknął ponuro chłopak.
Do pomieszczenia wkroczyło jakieś szanowne
państwo w średnim wieku, najpewniej mąż i żona. Ta druga owinięta była ze
wszystkich stron grubym, lisim futrem, a na głowie nosiła ogromny, różowy
kapelusz, przykrywający jej rude włosy. Jej mąż miał na sobie biały garnitur,
oraz buty, cylinder i krawat tego samego koloru. Nawet włosy miał tak siwe, że
niemal śnieżne. W jego ubiorze kolorystycznie wyróżniała się tylko czerwona
różyczka na piersi.
Ich ubiór nie wyglądał na modę XVIII wieku.
- Witajcie! – zawołał Watson i podszedł do
nich z rozłożonymi ramionami. – Nareszcie jesteście! – Uścisnął dłoń mężczyźnie
i ucałował rękę pani. – Jak wam minęła podróż?
- Była szalenie nużąca – odparła od razu
kobieta. – Naprawdę ubolewam nad tym, że mieszkamy tak daleko.
Do uszu Joego dotarło ciche, ponure
mruknięcie Briana:
- A ja nie…
- Ale w końcu jesteśmy! – dokończyła. –
Matthew, Robin, Josh! – zawołała do chłopaków. – Mam nadzieję, że
przywitaliście się ze wszystkimi, a nie wparowaliście tu jak świnie do chlewu?
- Przywitaliśmy się – odparł jeden z braci. Gdy
Joey im się przyjrzał, był pewien, że są z jednej krwi. Byli niemal identyczni.
Nie byli bliźniakami, bo widać było, że są w różnym wieku, ale praktycznie nie
dało się ich odróżnić.
Spotkanie przeciągało się niemiłosiernie.
Wszyscy obecni rozmawiali o tak nudnych rzeczach, że Joe mógłby sobie uszy
odgryźć, żeby tylko tego nie słuchać. Rozmawiali o krykiecie, świętach,
polowaniach, nie stronili też od obgadywania nieobecnych członków rodziny. A on
tylko siedział i udawał, że słucha.
Brian również nie wykazywał dużego
zainteresowania rozmową. Do czasu, gdy został poruszony jego temat.
- …uważam, że każdy powinien się żenić jak
najwcześniej – mówiła swój monolog ruda pani, o imieniu Cecylia, co Joe zdążył wyłapać z rozmowy. – Brian ostatnio zmarnował szansę, a ta panienka ze Spring Valley była
urocza. Do tego była na wysokiej pozycji w kraju i na pewno wszyscy by mu
zazdrościli…
- Była zołzą – przerwał jej Brian.
Wszyscy skierowali na niego wzrok. – Za nic bym jej nie przyjął do siebie.
Pchała się do mnie, bo jestem bogaty i dlatego, że nikt inny jej nie chciał. A
ona robiła wszystko, by nie zostać starą panną.
- Co ty wygadujesz, przecież była… jest
najpiękniejszą dziewczyną w Spring Valley i w prowincjach! – oburzył się George
Watson. – Taka dziewica to skarb!
- Wybacz, wuju, ale z tym, że nazwałeś ją
dziewicą, nie mogę się zgodzić – odparł młody szlachcic. – Kto jak kto, ale ONA
nie była dziewicą.
Wszyscy patrzyli na Briana, jak na
nieopanowanego szaleńca. On nic sobie z tego nie robił i kontynuował swoją
wypowiedź:
- A tak na marginesie to uważam, że nikt nie
powinien się mieszać do tego, czy ktoś już sobie kogoś znalazł, czy jeszcze
nie. Każdy sobie w końcu kogoś znajdzie. Nadjedzie to prędzej lub później.
Joey był pod wrażeniem jego brawury. Nie wiedział,
czy sam potrafiłby tak odważnie się wypowiadać w gronie takich myślicieli.
- No cóż… A ty, Joe, jak uważasz? – spytał
go niespodziewanie pan Watson.
Joe wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się, że dziś jeszcze będzie musiał się odzywać.
- Eee… Ja… Ja uważam podobnie, jak Brian.
Według mnie każdy powinien mieć czas na znalezienie kogoś z kim mógłby spędzić
resztę życia. Szukanie na szybko mija się z celem. O ile celem jest znalezienie
miłości na lata, a najlepiej do śmierci.
Ku jego zdziwieniu wszyscy, którzy
wysłuchali jego wypowiedzi, pokręcili aprobująco głową. Dziwne. Powiedział to
samo co Brian, a jednak – w przeciwieństwie do kumpla – jego wypowiedź została
uznana. Nie było to uczciwe, jednak poczuł niemałą satysfakcję.
Dalej spotkanie jakoś się potoczyło. Rozmowa
przeszła na inny temat i wszyscy byli zadowoleni. Chociaż nie do końca.
Gdy zaczął zapadać zmrok, trójce rudych
braci zaczęło się nudzić i zaczęli mocno rozrabiać. Na oko wyglądali na
kilkanaście lat, a w tamtej chwili zachowywali się jak sześcioletnie dzieci.
Biegali po całym domu, krzyczeli na siebie i
obijali się o ściany. Co dziwne, ich matka zupełnie nie zwracała na to uwagi. Lub
udawała, że tego nie widzi.
Joey co chwilę zerkał na nich kątem oka.
Nikt z nim i tak nie rozmawiał, więc uznał, że chociaż sobie popatrzy na ich żałosne wygłupy.
Jak przewidział, w końcu posunęli się za
daleko. Zakradli się od tyłu od fotela Briana i zaczęli ciągnąć go za jego
długie włosy. Chłopak krzyknął z bólu i zerwał się z miejsca. Rozkazał im, by
przestali, dodając przy tym bardzo soczyste przekleństwo.
- Brian, jak ty się wyrażasz! – zwróciła
mu uwagę jakaś wypudrowana ciotka.
- Jeszcze raz szarpniecie mnie za włosy, to
wam tak… - Dalszy ciąg jego wymowy obfitował w niemal same wulgaryzmy, więc nie
warto było go słuchać.
- Tak, to może się zemścisz, zamiast tylko
gadać? – wyzwał go najwyższy z braci.
Brian zmarszczył groźnie brwi i bez
ostrzeżenia rzucił się na rudzielca.
Potoczyli się obaj po podłodze, zwarci w
mocnym uścisku, bijąc i drapiąc się po twarzach i szyjach. Matka Cecylia
pisnęła z przerażenia i natychmiast zemdlała. Jednak nikt nie zaprzątał sobie
nią głowy. Wszyscy rzucili się, żeby rozdzielić dwóch walczących młodzieńców.
Nie było to jednak łatwe zadanie. Oboje byli
tak do siebie przyklejeni, do tego tak się szarpali, że ciężko było ich nawet
dotknąć. Brian kopał Matthew, Robina, czy tam Josha glanem, za to jego wróg
używał do walki głównie paznokci.
- Przestańcie, na miłość boską! – krzyczał
ktoś. – Przestańcie się bić!
- Matthew, przestań!
- Brian!!!
Rudzielec znacznie górował nad Brianem masą
i siłą, więc niemożliwie chudy chłopak nie miał zbyt wiele szans na wygranie walki. Jego
bronią były ciężkie buty, jednak było to za mało na pokonanie kuzyna.
Matthew złapał go za dół koszulki i szarpnął
za nią, lecz w tym samym czasie został złapany za ramiona przez dwóch
dżentelmenów i odciągnięty od kuzyna.
Koszulka poderwała się do góry i odsłoniła
brzuch Briana, cały w okropnych, grubych bliznach. Zanim chłopak zdążył zareagować,
wszyscy je zauważyli i wykrzywili miny. Chłopak zauważył, co tak przykuło ich
uwagę i szybko zakrył swój brzuch.
Joey podbiegł do niego i pomógł mu wstać. Brian
niezgrabnie podniósł się, kurczowo trzymając go za ręce. Otrzepał się, wyrównał
ubranie i spojrzał z uniesionymi brwiami na Matthew. Ten siedział na fotelu i trzymał
się kurczowo za krocze, łypiąc na niego groźnie. Joe domyślił się, że podczas
walki dostał glanem w czułe miejsce i na pewno nie jest mu z tym dobrze.
- To my już pójdziemy – powiedział
oficjalnym tonem Brian. – Czeka na mnie jeszcze wiele spraw do załatwienia, które nie mogą zostać przełożone
na później. Joey, idziemy.
Chłopiec, lekko oszołomiony całym zajściem,
bez słowa ruszył do drzwi wraz z nim. Pan Watson odprowadził ich i szybko
wrócił do reszty.
Dwaj chłopcy wsiedli do ich powozu, starszy
zawołał coś do Fritza, a zwierzę natychmiast ruszyło kłusem. Było już całkiem
ciemno, jedynie księżyc nieznacznie rozjaśniał granatowe niebo.
Gdy tylko Brian zamknął za sobą drzwi powozu
stał się naburmuszony i zły. Miał bardzo ponurą minę. Jedną ręką trzymał się za
brzuch, drugą za swoje szczupłe kolano.
- Brian…?
- Mhm? – fuknął.
- Eee… Nic ci nie jest? – spytał Joey.
- Jest świetnie. Ale moja duma mocno
oberwała.
- Czemu?
Brian spojrzał na niego i uniósł jedną brew.
- Bo nie ma dżemu. Zostałem pobity.
- Ale to ty zacząłeś tą walkę.
- Zostałem sprowokowany. A ten debil,
Matthew musiał… wrr! - warknął cicho.
Złość i frustracja wręcz parowały z niego,
jak para z czajnika. Jego palce coraz mocniej zaciskały się na kolanie. Słychać
było, jak strzelają mu kostki w dłoni. Wywoływało to nieprzyjemny dreszcz na
plecach Joey’a.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał po
raz kolejny.
Chłopak wyglądał, jakby go nie słyszał. Cały
czas wpatrywał się w jakiś punkt obok głowy Joe’go, najwyraźniej myślami będąc
gdzieś bardzo daleko.
- Brian, wróć! – zawołał do niego chłopak.
Brian spojrzał na niego rozgniewanym
wzrokiem, który jednak szybko złagodniał.
- Wróciłem – mruknął, sztucznie się
uśmiechając.
Zapanowała niezręczna cisza. Po chwili Joey
postanowił ją przerwać.
- Brian, czy mogę… - zaczął, lecz szybko
ugryzł się w język. Może lepiej byłoby nie pytać się, skąd ma te rany.
- Co?
- …mogę spytać, jak to jest możliwe, że ty i
ten Matthew jesteście rodziną? - zadał wymijające pytanie.
- Nie jesteśmy z jednej krwi. Ich matka poślubiła brata mojego wuja. Ci rudzielcy od
urodzenia dają mi w kość.
- Jak to od urodzenia?
- No… od czasów dziecięcych – poprawił się.
– Zawsze, kiedy mają okazję, próbują wyprowadzić mnie z równowagi przy rodzinie.
- Dziś im się chyba udało – pomyślał na głos
Joe.
Brian przytaknął posępnie.
- Mogę się im nie pokazywać przez pół roku…
- Daj spokój, nie będą ci tego wypominać.
Brian uniósł wysoko swoje brwi, robiąc na czole kilka głębokich zmarszczek.
Brian uniósł wysoko swoje brwi, robiąc na czole kilka głębokich zmarszczek.
- Założymy się, że będą wymyślać o tym
dowcipy?
Powóz w końcu dojechał do domu Briana.
Zmęczeni chłopcy wysiedli z niego i skierowali się do drzwi frontowych.
Brian jednak nagle zawrócił się i podszedł
do Fritza. Złapał go za uzdę, rozpiął wszystkie zapięcia i ściągnął mu z łba
niewygodne rzemienie.
- Obiecuję, że nigdy więcej nie będziesz
musiał nosić wędzidła – powiedział, patrząc mu głęboko w oczy. Wdzięczne
zwierzę parsknęło cicho i trząchnęło go w pierś pyskiem.
Joey przyglądał się temu z rozgrzanym
sercem. Właśnie miał przed sobą przykład typowego, ale niezwykłego buntu
nastolatka. To było piękne. Ale czy Brian nie jest za stary na bunty?
Fritz uniósł przednie nogi, na ile pozwalała
mu ciasna uprząż, usiłując dumnie stanąć dęba. Podniósł się stosunkowo nisko, po czym opadł na cztery nogi i
ruszył galopem przed siebie. Po chwili zniknął w ciemnościach ulicy.
Brian spojrzał na swojego towarzysza i
powiedział:
- Wejdźmy do domu. Zjemy coś i czymś się
zajmiemy.
Joey kiwnął głową. Wkroczyli do domu i
weszli po schodach na piętro.
- Chodź, posiedzimy u mnie w pokoju, chcesz?
– zapytał Brian.
- Chcę – odparł Joe.
W pokoju Briana zastali istny armagedon. Szafa
była otwarta, a na podłodze i łóżku leżały porozwalane ubrania.
- To Siergiej – powiedział bez cienia
wątpliwości chłopak.
- Ech, ze zwierzętami tak bywa – wzruszył ramionami Joe.
Odruchowo włożył ręce do kieszeni spodni. Poczuł, że w jednej z nich znajduje
się coś małego. Wyjął przedmiot z kieszeni i obejrzał. Od razu to poznał.
Był to jego ukochany odtwarzacz muzyki.
Prostokątny, płaski, biały, z długimi kabelkami. Nie był już nowym sprzętem,
ale nadal działał świetnie.
- Co to? – spytał Brian, zaglądając mu przez
ramię.
- Mój iPod.
- Co?
- Odtwarzacz muzyki.
- A jak to działa?
Joe spojrzał na niego załamanym wzrokiem,
jednak szybko uświadomił sobie, że Brian może faktycznie tego nie wiedzieć.
- Pokażę ci – powiedział i wsadził mu w uszy
słuchawki, po czym włączył muzykę.
Przez chwilę na twarzy niebieskookiego
gościło zaskoczenie i strach, jednak po chwili zamieniło się to w
zainteresowanie i podziw. Po jakiejś minucie zaczął delikatnie kiwać głową.
- Co to za cudne dźwięki? – spytał.
- Muzyka.
- Znam muzykę. Ale tej nie słyszałem. Jak
nazywa się ta muzyka?
- „The Final Countdown”, Europe.
Joey wyjął Brianowi słuchawki z uszu.
- Dlaczego teraz nic nie słychać? – spytał chudzielec.
- Tak to właśnie działa. Tylko ty to
słyszysz.
- No to posłuchajmy razem – zaproponował,
uśmiechnięty od ucha do ucha. Niezbyt delikatnie wcisnął Joey’owi jeden kabel w
ucho, a drugi sobie.
Gdy utwór dobiegł końca, zaczęli słuchać
kolejnych piosenek. Wszystkie niesamowicie podobały się Brianowi. Przy „All For You” Motörhead, złapał Joe’go za ręce i zaczął z nim tańczyć.
Joe odłączył słuchawki od iPoda i położył go
na łóżku, aby muzyka leciała wszędzie, a nie prosto do ich uszu.
Być może ich taniec wyglądał komicznie, ale
obojgu było przy tym bardzo wesoło. Brian okręcał Joe’go pod swoją ręką, łapał
go w pasie i przekręcał w różne strony, trochę jak w tango, ale bardziej
delikatnie. Słowem to on kierował. Joey za to próbował dać mu przykład jak
należy ładnie tańczyć.
W końcu oboje wyczerpali wszystkie siły i
padli na podłogę. Joe rozłożył się szeroko na dywanie, próbując złapać
oddech. Gdy nabrał trochę powietrza, wybuchł głośnym śmiechem, prawie się
dławiąc.
- Czego rżysz? – wysapał Brian.
- Z nas. Co to było? – odparł, nadal
rechocząc.
- Nie wiem. Ale mi się podobało –
wyszczerzył się chłopak.
- Ha, nie umiesz tańczyć – zaśmiał się Joey.
- To mnie naucz, mistrzu.
- Uczę tylko ludzi z talentem. – Chłopak wypiął
dumnie pierś.
Oboje parsknęli jeszcze głośniejszym
śmiechem. Jednak nagle coś przerwało ich radość.
Drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym
skrzypnięciem. Chłopcy aż podskoczyli z zaskoczenia i spojrzeli w tamtą stronę.
W ciemności korytarza nie było widać nic, oprócz dziwnych, małych ogników migocących w świetle żyrandola...
*********
Mhm... Umówmy się, że wy to ocenicie. Jakoś poszło, ale nie wiem, czy jest to dobry rozdział. Mało się w nim dzieje, ale dalej będzie trochę bardziej ciekawie. Tak myślę.
No... szkoła się skończyła, mamy dużo czasu na wszystko i wszyscy zadowoleni.W końcu mam czas na pisanie dwóch blogów (tak, mój drugi blog znów będzie działał).
No... szkoła się skończyła, mamy dużo czasu na wszystko i wszyscy zadowoleni.
Od następnego rozdziału będzie się robić... dziwnie. Więc się przygotujcie :) Zaczyna mi brakować materiałów na zapas, więc następna notka może się trochę spóźnić.
