środa, 26 listopada 2014

Rozdział IV "Wyzwanie"


Joe obudził się, gdy zaczęło mu brakować powietrza. Otworzył oczy. Spodziewał się ujrzeć jasne światło wschodzącego słońca, cudowne promienie oświetlające jego jasny pokój, wspaniałe miejsce, jakim był dom, w którym spędzał noc, a nie zobaczył prawie nic. Przed sobą miał tylko lekko wybrzuszającą się co chwilę ścianę skóry w jakieś kreski, lepką i mokrą. Skąd wiedział, że to akurat skóra? Dotykał ją nosem, domyślił się więc za pomocą zmysłu.
Błyskawicznie się rozbudził i zerwał do instynktownej ucieczki. Odepchnął się rękami od mokrego od potu cudzego ciała, jednak coś blokowało go i przytrzymywało od tyłu. Jego głowa, szyja i ramiona uwięzione były przez jakiś uparty materiał, który nie chciał ich puścić. Powietrza było coraz mniej.
Chłopak zaczął panikować, jak to większość ludzi w zamknięciu. Nerwowo szukał wyjścia z pułapki.
Nagle poczuł, że ktoś łapie go w żebrach i równie panicznie próbuje od siebie odepchnąć. Zaczął krzyczeć. Ten ktoś również.
Ściana skóry ruszyła się i podniosła razem z nim do pionu. Joey wrzeszczał i piszczał, nie wiedząc, co się z nim dzieje. Okładał pięściami wszystko, co tylko mógł. Obce palce równie gwałtownie zaciskały się na jego bokach i próbowały odpychać.
W końcu za sprawą przypadku wyciągnął głowę spod – jak się okazało - koszulki Briana i mógł zaczerpnąć powietrza. Zaczął głośno dyszeć, próbując uspokoić serce.
Nareszcie jego oczom ukazało się upragnione światło dzienne. Po burzy nie było śladu.
Brian – z potarganymi włosami i czerwonymi policzkami – patrzył na niego z wytrzeszczonymi ślepiami. Jego ręce – które przed chwilą zostały zabrane od Joego – zesztywniały w powietrzu.
- Joey! Co ty...! – krzyknął, załamującym się głosem.
Siedzieli naprzeciw siebie po turecku, stykali się nawzajem kolanami.
- Eee… - zająknął się Joe. – Brian? My na serio spaliśmy razem?
Chłopak nerwowo rozejrzał się po pokoju, jakby podejrzewał, że ktoś ich obserwuje. Oczywiście nikogo z nimi nie było. Następnie z powrotem spojrzał na Joego i odpowiedział mu pytaniem na pytanie:
- Mogę spytać, dlaczego twoja głowa znajdowała się pod moją koszulką? Albo nie. Nie odpowiadaj. Nie chcę wiedzieć.
- Ja sam nie wiem! – wykrzyczał Joe.
Joey był równie potargany, co Brian. Oboje wyglądali jakby przed chwilą tańczyli w wyjątkowo agresywnej wersji tańca pogo. Co prawda, ich twarze nie były posiniaczone, a z nosów nie kapała krew, ale wyglądali na dobrze poturbowanych.
A propos poturbowania…
Joey’owi przypomniał się wczorajszy dziwny sen; w którym wraz z Brianem siedzieli w jakimś ciemnym pokoju wraz z tajemniczym psychopatą. Był dziwnie podobny do tego, który śnił wczoraj w dzień. Niemal identyczny.
- Śniłeś mi się – pomyślał na głos.
Brian spojrzał na niego. Nie odpowiedział. Chłopak uznał, że może mówić dalej.
- Śniło mi się – kontynuował – że jesteśmy razem w jakimś ciemnym pokoju, razem z jakimś psychopatą. On rozkazał tobie podejść, więc ty podszedłeś do niego i on wziął twoją rękę  i zaczął ją kaleczyć nożem… – Wypowiedział to wszystko na jednym oddechu, jak dziecko, które właśnie przeżyło jakąś szalenie ciekawą przygodę i chciało natychmiast opowiedzieć o tym mamie.
- To tylko sen – przerwał mu Brian. Powoli zaczął się od niego odsuwać. W jego ruchach było coś dziwnego, jakby niepokój.
Starszy chłopak zszedł z łóżka. Złapał w dłonie dolną krawędź swojej czarnej, nocnej koszulki i zaczął nią wachlować swój przepocony brzuch. Joey’owi znów do oczu skoczyły paskudne rany. Mimowolnie odwrócił wzrok.
Wygramolił się z pościeli i podszedł do kanapy, na której leżały jego wczorajsze ubrania. Pochylił się, by je wziąć, lecz przenikliwy wzrok kumpla zmroził jego stawy, tak że cały zamarł na chwilę. Nie miał pojęcia, czemu jest przez niego obserwowany, a to chyba jeszcze bardziej go przerażało. Coś dziwnego jest w tych niebieskich ślepiach. Fascynują go, a jednocześnie przerażają.
Na szczęście to, co chwilę później powiedział Brian rozwiało jego jakże nieuzasadnioną obawę.
- Eee… Chyba nie chcesz kolejny dzień chodzić w tym samym ubraniu – odezwał się.
- Nie mam innych ubrań – odparł Joey i wzruszył tylko ramionami.
- To ja ci coś dam. Moje koszulki powinny być na ciebie dobre, a ze spodni też się coś znajdzie.


Po ubraniu się, umyciu i zjedzeniu śniadania Joey i Brian poświęcili czas na wymyślenie, co mogliby robić dzisiejszego dnia. W końcu najlepszą opcją okazało się pokazanie Joey’owi miasta. Chcąc czy nie chcąc, wiedza o Doque mogła mu się przydać.
Brian, za pomocą bardzo interesującego sposobu komunikacji, wysłał wiadomość do stajni, w której kwaterował się jego koń i gdzie mógł wynająć powóz na każdą okazję. Był w posiadaniu klatki pełnej latających wiewiórek, przeznaczonych do wysyłania krótkich wiadomości. Dla Joey’a było to dość niezwykłe doświadczenie, ale musiał przyznać, że puszczenie wytresowanego gryzonia przez okno, by lotem szybowym dotarło do określonego miejsca było bardzo pomysłowe.
Brian zamówił lekki powóz bez dachu oraz podkreślił w wiadomości, żeby nie zakładać Fritzowi wędzidła.


W ciszy zeszli po schodach na parter. W połowie pierwszych od wejścia schodów zobaczyli przed sobą siedzącego zaledwie kilka stopni niżej od nich, Siergieja. Kot wyglądał, jakby był przybity jakimś bardzo przykrym faktem, a jednak usiłował utrzymać przy sobie swoją kocią dumę. Obserwował stojących wyżej Joe’go i Briana, wzrokiem wiercąc dziury w ich twarzach.
- Masz okazję, by go przeprosić – szepnął Brianowi na ucho Joe.
Brian westchnął ciężko. Mimo wszystko chyba myślał podobnie. Zszedł kilka stopni niżej i usiadł na schodach, tuż przed kotem. Rozstawił swoje długie nogi w rozkroku, aby mu nie przeszkadzały w siedzeniu i spróbował nawiązać kontakt ze zwierzakiem.
- Hej, Siergieju – powiedział cicho.
Kot cisnął w niego gromami z oczu i odwrócił głowę w bok, najwyraźniej nie chcąc już nawiązywać kontaktu wzrokowego.
- Siergiej, przepraszam za moje wczorajsze zachowanie – kontynuował Brian. Joey’a uderzyło nagłe przekonanie, że ten tekst jest strasznie obciachowy. – Zachowałem się cholernie źle wobec ciebie i żałuję. Tak, to ja zacząłem tą kłótnię.
Joey najchętniej wyłączyłby uszy, żeby tego nie słuchać. Brian mógłby jakoś inaczej ubrać swój żal w słowa. Jego przeprosiny brzmiały bardzo żałośnie.
Twarz kota nie zmieniła wyrazu, jednak jego wąsy lekko się uniosły. Gdy Joe wyciągnął nieco szyję, by lepiej mu się przyjrzeć, stwierdził, że może jednak faktycznie się uśmiecha. Tak po kociemu.
- Mmm… No dobrze, wybaczę ci – powiedział futrzak.
Brian zagryzł wargę.
- Czyli sprawa zamknięta, tak? Świetnie – wyszczerzył się w nieszczerym bądź wymuszonym uśmiechu.
- Ale fajnie, że już wszystko jest w porządku – wtrącił Joe. – Siergiej pojedzie z nami, prawda? – zwrócił się do Briana.
- Co? – spytał rozkojarzonym głosem chłopak.
- Siergiej pojedzie z nami na tą wycieczkę – powtórzył wyraźnie Joe.
- Eee… Tak. Znaczy nie! Albo… dobra, jak chcesz – wydusił z siebie i ruszył dalej schodami w dół, nie czekając na resztę.


We trójkę wsiedli do czarnego, bezdachowego powozu, który już czekał przed domem. Zaprzęgnięty do niego Fritz, owinięty był licznymi uprzężami, rzemieniami i klamrami, jednak nie miał w pysku wędzidła, ani nawet ogłowia wędzidłowego. Zastąpiło je drobne, czarne ogłowie bezwędzidłowe, które było doskonale dopasowane do jego pyska, przylegało wyśmienicie.
Fritz odwrócił łeb, aby widzieć wchodzącego do powozu Briana i rzucić mu spojrzenie przepełnione miłością.
- Gdzie jedziemy? – zapytał, tym razem nie sepleniąc, gdy chłopcy i kot usadowili się na siedzeniach.
- Przejedziemy się po Doque – odparł Brian, który usiadł tyłem do kierunku jazdy, blisko miejsca stangreta, którego nie było. – Przewieź nas, proszę, po wszystkich ciekawych miejscach.
- To w Doque jest coś ciekawego? – zakpił koń i ruszył z kopyta, ciągnąc za sobą lekki powóz.
Brian odetchnął cicho, wdychając zapach miasta i położył nogi na krawędzi karety. Siergiej, który siedział naprzeciw niego, obok Joe’go, posłał mu krytyczne spojrzenie, chrząknął teatralnie i rzekł tonem przewodnika wycieczki:
- Tak więc rozpoczynamy naszą podróż po mieście Doque. Upraszamy, by nie opuszczać pojazdu podczas jazdy i nie przerywać przewodnikowi podczas jego wypowiedzi. Dziękuję. Znajdujemy się teraz na ulicy Przeklętych, która zawdzięcza swoją nazwę temu, że mieszka na niej niejaki Brian Ravenn. Za chwilę skręcimy na ulicę Wiecznej Rozkoszy, która swą nazwę zawdzięcza bardzo popularnemu klubowi ze striptizem… oraz agencji towarzyskiej, wcale nie mniej lubianej. Jest to chyba największa atrakcja w tej części miasta.
Kot opowiadał dalej, a Joey cieszył oko pięknem Doque. Miasto jak ze snu, istny osiemnastowieczny skansen. Aż miło patrzeć.
Jednak nie było to typowe miasto, jakie widział w podręcznikach od historii. To było czystsze. A jego mieszkańcy byli o wiele bardziej zróżnicowani rasowo. Zauważył, jak chodnikiem przechadzają się spokojnie dwie łaciate lamy. Chwilę później przez ulicę przebiegł ogromny jeżozwierz. Nad głowami latały latające wiewiórki z małymi karteczkami przeczepionymi do ich szyjek. Co jakiś czas w oknach domów pojawiła się głowa jakiegoś niezidentyfikowanego zwierzaka.
Brian bawił się swoimi włosami, od czasu do czasu zamieniając słowo z Fritzem.
Siergiej cały czas opowiadał o miejscach, w których się znajdują. Niektóre informacje były ciekawe, inne nie bardzo. W końcu Joey wyłączył się całkowicie i kot mówił już tylko sam do siebie.
- Brian? – zagadnął po pewnym czasie kumpla.
- Mhm?
- Dlaczego ulica, na której mieszkasz nosi nazwę „Przeklętych”? – zapytał, patrząc mu uważnie w oczy, choć zadał to pytanie z czystej ciekawości.
Brian westchnął głośno i nadal bawiąc się włosami, które opadały mu na klatkę piersiową, odparł:
- W dawnych czasach w mieście panował przesąd, że moja rodzina utrzymuje kontakty z czarownicami. Wiesz, zazdrościli im bogactwa, więc potajemnie rozpuszczali plotkę, że rzekomo dzięki rytuałom i sabatom wyczarowujemy sobie pieniądze. Później, siłą rzeczy, pojawiła się plotka, że staliśmy się przeklęci przez czarownice i rzekomym dowodem na to były różne tragedie w mojej rodzinie. Mój dom jest odwieczną rezydencją rodziny Ravennów, znaną na całe hrabstwo, więc ci frajerzy, chcąc nam zapewnić złą sławę nazwali ulicę „ulicą Przeklętych”.
- Ale przecież masz kontakty z Watsonami, więc jak…
- Słuchałeś mnie? To było dawno temu. Teraz się trochę pozmieniało.
Joey przytaknął.
Brian zaczął mu się wnikliwie przyglądać, pesząc go przy tym ogromnie. Jego wzrok był nie do zniesienia, ale nie ustępował, wiercił go tymi niebieskimi oczami, aż mu się zrobiło niedobrze.
- Mam coś na ryju? – spytał w końcu, lekko podenerwowany.
- Przypominasz mi brata – odparł zwyczajnie Brian.
- Brata?
- Mojego brata. Masz identyczne oczy.
- Serio?
- Tak myślę. Na serio jesteś do niego podobny.
- Ale z pewnością tylko z oczu. Przecież twarzą nie moglibyśmy być podobni. Jeśli nie jestem podobny do ciebie, to do twojego brata też.
Brian wyprostował się i usiadł normalnie.
- Niezupełnie. Macie takie same podbródki. No i te oczy.
Joey wypuścił powietrze przez usta. Ta rozmowa robiła się niebezpieczna. Już wczoraj dopadła go dziwna myśl, że są zaginionymi braćmi, choć oczywiście nie jest to możliwe, choćby dlatego, że jego rodzice nigdy nie mieli innego dziecka, a nieślubne, cudzołożne dzieci z pewnością nie wchodzą w grę. Jego rodzice są sobie bardzo oddani. Kochają się jak nikt, kogo zna. Niemożliwe, żeby Joe miał rodzeństwo. No i… w końcu znajduje się w swojej łazience, czy też w jakimś innym świecie. To raczej mało prawdopodobne, gdyby swojego brata miał znaleźć w tak wyimaginowanym miejscu.
Myśl, że przedostał się tu jakimś tajemniczym portalem, coraz mniej go śmieszyła. Powoli wręcz zaczynał w nią wierzyć. Odrzuć od siebie tę myśl, wołał do siebie. Jeszcze znajdzie się jakieś logiczne wytłumaczenie!
- Bri… - zaczął niepewnym głosem.
- Bri? – Brian spojrzał na niego, unosząc brwi.
- Ech, wybacz, to takie zdrobnienie – wytłumaczył się szybko Joe. Poczuł, że rumieni się ze wstydu.
- Ej, spokojnie – zawołał do niego chłopak, dość rozbawionym głosem i położył dłoń na jego kolanie. – Mi to nie przeszkadza, możesz mnie tak nazywać.
Joe uśmiechnął się, choć jego usta powyginały się na wszystkie możliwe sposoby, dodając mu jeszcze bardziej zawstydzonego wyrazu twarzy.
- No, to o co chciałeś mnie spytać? – zapytał Brian, nadal trzymając dłoń na jego kolanie.
- Eee… - zająknął się Joey. – Skoro już tak rozmawiamy o twoim bracie, to… gdzie on jest? Wyjechał gdzieś?
Brian już otwierał usta, by odpowiedzieć, gdy ich powozem zatrzęsło gwałtownie, sprawiając, że poleciał twarzą na kolana Joe’go. Siergiej miauknął żałośnie i poturlał się niczym beczka na podłogę. Joey instynktownie złapał Briana tak, aby ten nie zrobił mu i sobie krzywdy. On jako jedyny utrzymał się w pozycji siedzącej.
- Co się, do cholery, dzieje?! – wycharczał Brian, niezdarnie próbując się podnieść.
Przestraszony Joey pomógł mu wstać, jednak nie potrafił nic z siebie wydusić.
Ich czarny powóz stał na poboczu drogi, zepchnięty przez inny pojazd, większy, do którego zaprzężone były dwa konie, podobne do Fritza, tyle że obarczone wędzidłami.
Po chwili odzyskał mowę.
- Niech to cholera, co za pacan! – krzyczał rozeźlony, patrząc na odjeżdżający spokojnie powóz. – Brian, szybko, spisuj rejestrację!
- C-co? – spytał Brian.
- Nieważne – mruknął Joe. – Co za tupet, myśli, że jak ma taki wielki wóz, to może sobie ludzi spychać z drogi! Ja z nim porozmawiam...
Nie otwierając nawet drzwiczek, wyskoczył z powozu i zaczął kroczyć pewnym krokiem po kocich łbach, w stronę odjeżdżającego powoli pojazdu. Schylił się, podniósł z ziemi kamień, który odczepił się od podłoża, zamachnął się ręką i trafił nim w tylne okno karety, rozbijając szkło na kawałki. 
Kryty powóz zatrzymał się. Wyszło z niego dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. Każdy z nich miał stylowego wąsa pod nosem i grube, ciemne brwi. Po ich minach można było łatwo stwierdzić, że nie należą do osób przyjaźnie nastawionych.
Tutejsza wersja ochrony.
Zobaczyli mnie, sprawcę aktu wandalizmu na ich pojazd.
Będą chcieli dać mi przysłowiowy wpierdol.
Joey nagle stracił całą pewność siebie, którą jeszcze przed chwilą miał aż w nadmiarze. Stanął jak wryty i czekał nie wiadomo na co.
Z powozu wyszła jeszcze jedna osoba. Zupełnie nie przypominała ona dwóch osiłków, idących do Joe’go jak w zwolnionym tempie. Najpierw czarne, wysokie buty z obcasem zetknęły się z kamiennym gruntem, nogi odziane w śnieżnobiałe bryczesy ruszyły w jego stronę, ramiona przykryte markowym, z pewnością drogim frakiem naciągnęły na dłonie jasnokremowe rękawiczki, później odziane już te same dłonie poprawiły kołnierz garnituru i ułożyły jasno-kasztanowe włosy na głowie przystojnego mężczyzny, o żuchwie kwadratowej, porośniętej lekką szczeciną i o oczach szarych, bystrych, ale i przebiegłych.
Joey natychmiast poczuł do tego mężczyzny niechęć. Z samych jego ruchów można było wyczytać, że jest bogatym, myślącym tylko o sobie arystokratą, nie liczącym się z nikim i z niczym. Niech powiedzenie „Nie ocenia się książki po okładce” się schowa, tutaj nie ma ono najmniejszej racji.
Zanim mężczyzna zdążył zbliżyć się do Joego, chłopak znajdował się już w potrzasku dwóch „ochroniarzy”.
- Nie bijcie go, panowie, proszę chwilę poczekać – powiedział arystokratycznym, władczym głosem. Stanął twarzą w twarz z Joey’em i przyjrzał mu się dokładnie, po czym spytał tonem karcącego nauczyciela:
- Ładnie to tak rzucać kamieniami w cudze pojazdy?
Chłopak nie odpowiedział. Za wszelką cenę starał się utrzymać groźną minę, jednak ta gdzieś uciekała, jakby przestraszyła się owego mężczyzny.
- Co chciałeś w ten sposób osiągnąć, młodzieńcze? – zadał kolejne pytanie.
Milczał.
- Odpowiesz mi?
Joey wziął głęboki oddech i trzęsącym się głosem opowiedział mężczyźnie o tym co myśli na temat ludzi jego pokroju, jak bardzo to denerwuje normalnych obywateli, że arystokraci z nikim się nie liczą i że nikt ich nie lubi, wplatając w tą wypowiedź kilka interesujących przekleństw, raczej nieprzyjemnych dla ucha. Na koniec wysłał kilka mocnych obelg pod jego adres. I to chyba szlachcica zdenerwowało najbardziej.
- Jak ty mnie nazwałeś, gówniarzu?! – zagrzmiał arystokrata. – Czy ty w ogóle znasz znaczenie słów, które wypowiedziałeś?
Chłopak wciągnął nerwowo powietrze do płuc, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co powiedział do mężczyzny. Zatkał usta dłonią.
- Yyy… ale bo… bo ja…
- Chłopcze, powinieneś pójść się uczyć, a nie rzucać kamieniami w cudze pojazdy – karcił go.
- A pan powinien prowadzić samochód… znaczy powóz w bardziej umiejętny sposób – odparł piskliwie Joe.
Nagle poczuł na ramionach cudze, zimne ręce, które zaczęły odciągać go od szlachcica. Spojrzał do tyłu przez ramię i zorientował się, że to Brian.
- No proszę, toż to panicz Ravenn! – zawołał donośnym głosem szlachcic. – Jak miło panicza widzieć!
- Z wzajemnością, panie… my się znamy? – spytał Brian, nadal przytrzymując Joego.
- Może mnie pan nie zna, ale ja z pewnością o panu słyszałem. No tak, powinienem się przedstawić, jestem sir Sebastian Love. A wracając do tematu, to trudno o panu nie usłyszeć w tym mieście. Jest pan znaną postacią, ma pan wielu znajomych, którzy często opowiadają o panu bardzo ciekawe rzeczy…
- Tak, to bardzo pięknie – przerwał mu Brian – ale teraz chyba przeprowadza pan rozmowę z tym oto młodym człowiekiem – skinął na mdlejącego w jego ramionach Joey’a – więc nie powinienem państwu przeszkadzać. Proszę nie zwracać na mnie uwagi. Ja go tylko przytrzymuję, żeby pana nie pobił.
- A ten młody człowiek to…
- Joe – przedstawił chłopca Brian. – Joe Greenhigh, z hrabstwa Greenhigh.
Szlachcic nie odpowiedział od razu. Zastanowił się chwilę.
- Nie wiedziałem, że na Zielonych Wzgórzach mają tak odważnego młodego hrabiego.
- E, no bo… - zająknął się Joe.
- On jeszcze nie jest hrabią, tak naprawdę – wtrącił się Brian. – Ale spokojnie może go pan tak nazywać – dodał zadziornie, wywołując oburzenie na twarzy arystokraty.
- Em… Podobno miał pan się nie wtrącać w tą rozmowę – przypomniał mu z pozoru uprzejmie, ale jednak dobitnie Sebastian. Chłopak zacisnął wymownie usta, więc szlachcic kontynuował: - Właśnie rozmawialiśmy na temat wandalizmu uprawianego przez nierozważnych młodzieńców.
- O, doprawdy?! – udał zadziwienie Brian, unosząc brwi prawie do połowy czoła. Najwyraźniej zapomniał już o swoich wcześniejszych zapewnieniach, że nie będzie się w ten konflikt wtrącał.
Love chciał się jakoś odgryźć, ale w tym właśnie momencie, kiedy otwierał usta, do trójki źle nastawionych do siebie mężczyzn podbiegł… policjant? Szeryf? Kapitan straży?
Brązowawy ubiór, szabla u boku, „fikuśne” nakrycie głowy… i wścibskie oczka. Glina bez zbędnych wstępów wepchnął się między nich i spytał groźnie:
- Co tu się dzieje, panowie?
Arystokrata spojrzał na niskiego stróża prawa z ledwo ukrywaną pogardą. Jego oczy mówiły nie próbuj udawać ważniejszego, czy bardziej wpływowego ode mnie.
- Ależ nic, panie władzo – odparł, wzruszając ramionami. – Rozmawialiśmy z panem Greenhigh’em i panem Ravenn’em o sporcie. A, i właśnie zamierzałem zaprosić pana Greenhigh na mecz polo w mojej wiejskiej rezydencji. Przyjmie pan wyzwanie, panie Joe? – zwrócił się do młodszego chłopaka.
Joey’owi język stanął w gardle. To się potoczyło za daleko. To miała być tylko krótka bójka kierowców, a przerodziło się to w otwarty konflikt o honor dwóch szlachciców, z czego jeden tylko udawał arystokratę i był mocno przerażony. Warto się było w to pakować?
Z zamyślenia wyrwał go podmuch ciepłego powietrza na karku i przyciszony głos Briana:
- Ale się wkopałeś…
Brzmiało to jak jawna pogarda, naśmiewanie się z jego nieporadności. Boleśnie ukłuło to jego biedne serce.
- Proszę, abyście, panowie, swoje prywatne sprawy załatwiali w miejscach prywatnych, a nie na środku ulicy – powiedział stróż prawa. – Odpuszczę panom mandat. Proszę zejść z ulicy.
Love, Joe, Brian i dwóch ochroniarzy posłusznie zeszli na chodnik. Tam kontynuowali rozmowę.
- No więc? – spytał szlachcic, uśmiechając się. – Skoro już mówiliśmy o polo, to może faktycznie wyjściem z tego naszego małego konfliktu będzie jedynie mecz o honor. Jak pan sądzi?
Joey pełen nadziei wyczekiwał podpowiedzi Briana, co ma robić, jednak ten milczał. W końcu zdecydował się samodzielnie odpowiedzieć.
- Sądzę, że chyba jednak…
- Sądzi, że to wspaniały pomysł! – momentalnie wpadł mu w słowo Brian, jakby specjalnie czekał na sposobność, żeby mu przerwać jego wypowiedź. – Joe z chęcią przyjmie wyzwanie!
Joey spojrzał z wyrzutem na chłopaka. Jeszcze cię kiedyś zabiję…
- Tak, panie Greenhigh? – spytał Sebastian, chcąc się upewnić.
- Eee… oczywiście, że tak – odparł spanikowanym głosem Joe. – Co to dla mnie, przecież jestem mistrzem w polo… - Chciał, żeby jego odpowiedź była choć trochę w stylu Briana. Niestety, zabrzmiała jeszcze bardziej desperacko, niż dotychczas. Znów utkwił wzrok w Brianie, szukając u niego pomocy. Chciał go bezgłośnie zawołać: Odwołaj to, proszę, wyciągnij mnie z tego!.
- No to cudownie! – ucieszył się sztucznie Love. – Co powie pan na jutro, punkt dwunasta?
- E, stop! – wtrącił Brian. – Punkt dziesiąta, proszę pana!
Arystokrata spojrzał na niego pytająco.
- Pan też będzie brał udział w wyzwaniu, panie Ravenn? – spytał.
- Będę towarzyszył Joe’mu, jeśli to nie problem – sprostował młody szlachcic.
- Ależ nie, skądże… - mruknął Love. – Proszę bardzo. Skoro już wszystko załatwiliśmy, pozwolicie, że pożegnam panów.
Ukłonił się im lekko, po czym odwrócił się na pięcie i razem ze swoją świtą wrócił do powozu. Pojazd ruszył i po chwili zniknął za rogiem ulicy. Joey i Brian ruszyli w stronę ich stojącego w dalszym ciągu na poboczu powozu. Fritz i siedzący na jego grzbiecie Siergiej patrzyli na nich wyraźnie zniecierpliwieni.
- I jak poszło? – spytał ironicznym tonem kot. – Wymierzyliście już na całym świecie sprawiedliwość?
- Jeszcze nie – odparł Brian, wskakując do powozu. – Jutro wybieramy się do rezydencji niejakiego Sebastiana Love’a na rozgrywkę polo, w ramach bronienia honoru nazwiska.
- Co?! – krzyknęli jednocześnie Fritz i Siergiej.
Joey usiadł obok Briana, splótł palce w obydwu dłoniach i zwiesił głowę. Siergiej, który rozłożył się wygodnie na zadzie konia, zmierzył go spojrzeniem przenikliwych oczu i powiedział:
- Nie martw się, młody. Nie będziesz musiał płacić, jeśli przegrasz.
Joey spojrzał na kota i uśmiechnął się krzywo, chcąc udać, że rozbawił go ten żart. Spojrzał na Briana i spytał niepewnie:
- Bri… Co to jest polo?




 * * * * * * * * * * * * * *


Przepraszam Was, że jestem taką spierdoliną umysłową ;_; Rozdział powinien się już pojawić dawno temu, a ja was zawiodłam. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kiedyś mi wybaczycie. Przez cały ten czas chciałam poukładać fabułę, żeby nie była jakaś kopnięta, no i tak wyszło. Naprawdę przepraszam. No i jeszcze jedno: chcecie, żebym zmieniła szablon?

wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział III "Boję się burzy"


Rozdział zawiera śladowe ilości scen drastycznych i/lub zawierających zboczenia seksualne, które przypadkowo wydostały się z głowy autorki.


Małe ogniki powoli zbliżyły się. Z bliska widać było, że nie są to ogniki, a oczy. Żółte oczy.
Z cienia wyszedł kot Siergiej. Jego futro tym razem nie było mokre i kot wyglądał w nim na dwa razy większego.
- Proszę panów, czy ja mógłbym prosić o ciszę w tym domu, o tej porze?! Jako współlokator mam prawo domagać się spokoju, gdyż chce mi się spać! Moglibyście panowie urządzać te dzikie, ludzkie harce w dzień?!
Joe i Brian spojrzeli po sobie, unosząc brwi.
- A co robią koty, jak się marcują? – zapytał Brian. – Czy nie drą się wtedy na cały ryj, najczęściej w nocy?
Kot położył gniewnie uszy, zamachał ogonem i groźnie zjeżył i tak już napuszoną sierść.
- A gdybym powiedział, że miałem wrażenie, że to wy się marcujecie? – syknął.
- Odpowiedziałbym, że masz chore skojarzenia.
Po odpowiedzi ze strony Briana Siergiej wyglądał, jakby go ktoś zdzielił po twarzy zeszytem z twardą okładką.
- A tak w ogóle to dobry wieczór, Siergieju – odezwał się uprzejmie Joey. Kot jednak nie raczył mu odpowiedzieć.
- Siergiej, idź lepiej poganiaj jakieś myszy na ulicy, albo coś! – rozkazał mu Brian.
- A, sam ganiaj sobie myszy! Ja jestem rasowym kotem z krwi persów, które były zbyt królewskie, żeby polować na te brudne ścierwa!
- Dlatego nie umiesz ani jednej pogonić, ani nawet wejść na dach? Bo twoja królewskość ci nie pozwala? – zapytał sarkastycznie starszy chłopak.
- Jest taka możliwość… - mruknął kocur.
- Nie wnerwiaj mnie już, tylko sobie idź! Będziemy cicho – warknął na niego Brian.
Siergiej syknął groźnie i uciekł w cień.
- Jak ja nie cierpię tego kota… - westchnął Brian.
- Czy nie za ostro go potraktowałeś? – zapytał Joey.
- Pff… I tak pewnie nic do niego nie dotrze. Koty to ch… dobra, nie będę się wypowiadał. Po prostu nie mają za grosz poszanowania dla drugiej osoby.
- Wiesz, ty też nie byłeś zbyt uprzejmy. Od razu zacząłeś się z nim gryźć.
- Wcale, że nie! – żachnął się czarnowłosy. – To on zaczął!
Joey zmarszczył brwi.
- Przykro mi, ale uważam, że jednak tak. Żaden z was nie jest bez winy.
Brian zrobił mocno obrażoną minę. Skrzyżował ręce na piersi i odwrócił głowę. Joe westchnął bezradnie.
- Wybacz, ja tylko powiedziałem swoje zdanie. No weź, Brian, nie obrażaj się…
Chłopak tylko fuknął i zadarł głowę do góry.
- Brian! No weź...
Cisza.
Joey’owi dosłownie opadły ręce. Przewrócił oczami i wstał z podłogi.
- Pan wybaczy, ale chyba lepiej będzie jak oddalę się, aby pobył pan sam ze swoim fochem.
Pewnym siebie krokiem ruszył do wyjścia. Jednak pech – lub celowy sabotaż – chciał, żeby jego nogi zahaczyły o coś, tym samym zwalając go na ziemię. Joe padł brzuchem na podłogę. Podniósł się na rękach i spojrzał za siebie.
Brian nadal siedział na podłodze, z wyciągniętymi na prosto nogami i z iście aktorską, zamyśloną miną spoglądał w sufit. Na jego czole obowiązkowo gościły charakterystyczne zmarszczki. Jego długie nożyska leżały podejrzanie nieruchomo.
- Nie no, serio?! – warknął Joey. – Żeby od razu mi nogę podstawiać?!
Brian spojrzał na niego z niewinną miną. Nie odpowiedział, tylko od razu zmienił temat:
- Przyjdź na kolację o dwudziestej do jadalni. Ja dziś nie będę jadł.
Chłopak podniósł się i wyszedł z pokoju, nie oglądając się za siebie. Może teraz organizować zakłady, czy nazajutrz jego gospodarz każe mu opuścić dom, czy może nie. Ale czy powiedziałem coś źle? Nie. Tylko delikatnie zwróciłem uwagę, że zachował się zbyt ostro w stosunku do Siergieja. A on od razu strzela fochy! Dobra, niech już mnie sobie wyrzuca. Kto by pomyślał, że nie wytrzymamy ze sobą nawet doby?
Wrócił do pokoju i do dwudziestej leżał na podłodze i rozmyślał nad swoim życiem. Zaczął tęsknić za swoim domem. Brakowało mu własnego łóżka, dywanu i okna z widokiem na podwórko McGrathów, gdzie w słoneczne dni codziennie opalała się osiemnastoletnia Paulla McGrath, w bardzo skąpym bikini. Do takich widoków warto jest wracać…
O wyznaczonej godzinie poszedł na kolację. Czekał tam na niego omlet i pokrojone pomidory. Grzecznie wszystko zjadł i wrócił do pokoju. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, za oknem zaczął padać deszcz.



Z czasem rozpętała się burza z piorunami. Joe, rozebrany już do bokserek, leżał w łóżku, głowę przyciskając kołdrą. Próbował zagłuszyć hałas panujący na zewnątrz i jakoś zasnąć. Jednak niewiele pomagały te zabiegi. Nawet usypiający zapach pościeli nie pomagał.
Nigdy nie potrafił zasnąć w czasie burzy. Zawsze właził do łóżka rodziców, a gdy był starszy – do łóżka starszego brata, żeby rodzice nie mieli „takiego dużego chłopa” za mazgaja.
Nagle drzwi do jego pokoju otworzyły się. Joey podniósł głowę z poduszki i spojrzał w ich stronę. Stał w nich Brian. Jego postać oświetlało światło latarni ulicznych za oknem oraz błyski piorunów.
Opierał się ręką o framugę drzwi. Ma jego ciele jak na wieszaku wisiała przyduża koszulka, która miała zapewne funkcję piżamy.
- Joe, to prawda, zachowałem się wrednie i chamsko, Siergiej wcale nie jest kutasem, a ja niepotrzebnie się na ciebie obraziłem – powiedział na jednym oddechu. - Nie miałem racji, za to ty miałeś. Wybaczysz mi i będziemy znów kumplami?
Joey spojrzał na niego z ukosa i uśmiechnął się lekko. W głosie Briana wychwycił wyraźną potrzebę przyjaźni i bliskości.
- W porządku. Koniec fochów – odparł.
Brian puścił się framugi i podbiegł do jego łóżka. Zwinnie na nie wskoczył, wepchnął się pod kołdrę i położył za plecami młodszego chłopca. Słowem: pozycja „na łyżeczkę”.
Joey poczuł gołe nogi chłopaka ocierające się o jego skórę. Brian przywarł do niego całą powierzchnią swojego wątłego ciała.
- Hej, nie za blisko! – krzyknął. – Co ty wyprawiasz?
- Wybacz. Boję się burzy – wyznał chłopak. – Mogę z tobą spać?
- Ach, tak… Więc po to te przeprosiny – domyślił się Joe.
Brian nie czekał na jego zgodę, tylko od razu objął go w ramionach, po czym wtulił się twarzą w jego łopatki.
- Brian, zabierz tą miednicę z mojego tyłka! – błagał młody. – Mówiłeś, że nie zgwałcisz mnie w nocy.
- Przecież nawet mi nie stoi – mruknął bez ogródek długowłosy. – Nic ci nie zrobię. Po prostu się boję i chcę z tobą spać.
Joey warknął bezradnie. Zrozumiał, że nie uda mu się go wygonić z łóżka.
Za oknem błysnął jasny piorun, a po chwili rozległ się głośny grzmot. Brianem wstrząsnął silny dreszcz. Przywarł mocniej do Joego i owinął się nogami wokół jego bioder.
- Słuchaj, naprawdę się boję – szepnął nerwowym głosem.
- Czuję! – syknął chłopak. – Zluzuj uścisk, bo źle się czuję z tobą tak blisko.
Brian widocznie się posłuchał, bo Joe po chwili poczuł, że nieznacznie odsuwa się od niego.
- A ty? Nie boisz się burzy?
Joey westchnął cicho. Zapowiada się na noc szczerych rozmów.
- Od dziecka – odparł.
- Ech, ja też… Szczerze to do dziś nie umiem sam spać podczas burzy. W dzieciństwie spałem z rodzicami, a gdy stałem się nastolatkiem, przychodziłem spać do brata. Nigdy mnie nie wyganiał. Zawsze tylko bez słowa podnosił kołdrę i dawał mi się do siebie przytulić. Wyobrażasz to sobie? Piętnastolatek śpi ze starszym bratem, bo boi się burzy. Żałosne.
- Wcale nie – powiedział bez namysłu Joey.
Już nawet nie będę się pytał, jak to jest możliwe, że mieliśmy to samo dzieciństwo! Zaraz wyjdzie na to, że jesteśmy braćmi.
- Tak sądzisz? – spytał Brian. - Według ciebie to nie jest żałosne?
- Oczywiście. Każdy ma swoje lęki. To nic złego.
- Naprawdę?
- Tak. Nie masz się czego wstydzić. Przynajmniej nie przede mną. Ja mam te same lęki.
- Hm… - mruknął Brian. – Wbrew pozorom dużo nas łączy. Oboje boimy się burzy. Oboje odstajemy od reszty społeczeństwa. Oboje jesteśmy wyjątkowi.
Zapadła cisza, od czasu do czasu rozrywana grzmotami za oknem. Brian wtulił się twarzą w plecy Joego. Chwilowo się nie odzywał.
Tymczasem Joey rozmyślał nad tym, co powiedział jego kumpel. Naprawdę są wyjątkowi? Tak serio, naprawdę?
Kolejny piorun. A po nim uścisk ręki Briana na ramieniu Joego. I ból po wbijanych w jego skórę paznokciach.
- Nie spinaj się tak – mruknął pokrzywdzony.
- Przepraszam…
Nagle i zupełnie niespodziewanie poczuł na sobie ciało Briana.
- I co? I myślisz, że teraz jest mi wygodnie? - warknął.
- No…
Chłopak przywarł do niego kurczowo i zaczął sapać Joemu w kark. Nastolatek przewrócił oczami. Może pogodziłby się ze swoją sytuacją… gdyby on nie trzymał mu łap na klatce piersiowej i nie przywierał do niego całym ciałem!
- W sumie to twoje łóżko i masz prawo w nim spać, ale jak już mamy spać razem, to proszę… nie spinaj się tak, bo mnie to denerwuje.
- Postaram się.
Joe westchnął głośno i zamknął oczy. Nie śpi już sam. Jest z kimś. Może teraz uda mu się zasnąć.
Poczuł, że ręka Briana wędruje z jego piersi na brzuch i zostaje tam. Tym samym zaczyna go ocieplać. Joey instynktownie wciągnął brzuch i wypuścił niespokojnie powietrze.
Usłyszał cichy, równy, głęboki oddech. Brian zasnął. Wygodnie skurwielowi…
Joey nie mając co robić, zaczął wsłuchiwać się w miarowy oddech chłopaka. Chyba miało to działanie usypiające, bo momentalnie jego powieki zaczęły opadać. Wkrótce całkowicie zmorzył go sen.

* * *


Do ciemnego pomieszczenia przez małe, trójkątne okienko wpada błysk pioruna. Światło pada prosto na opartą na podłodze, czyjąś rękę. Skóra ręki jest niemal biała.
Właściciel ręki – ukryty w mroku – chowa ją do cienia, pomrukując cicho. Jest to dziki, ponury pomruk, podobny do dźwięku warczenia psa.
Człowiek siedzący w mroku wstaje z zakurzonej podłogi. Widać jego górną część ciała. Zbliża się.
Obserwator odrywa od niego wzrok i odwraca głowę w lewo. W kącie pomieszczenia siedzi nagi, długowłosy chłopak. Kolana trzyma złączone, a łydki rozciągnięte na boki. Dłonie trzyma na kolanach. Jego niebieskie oczy wpatrzone są w tajemniczą postać. Jest przerażony.
- Podejdź – mówi postać.
Niebieskooki podnosi się i na kolanach podchodzi do niej. Obserwator patrzy na to, nie ruszając się.
- Daj rękę.
Chłopiec wyciąga do niego swoją rękę. Postać pochyla się lekko i ujmuje jego dłoń. Wyciąga zza siebie nóż i przykłada do przedramienia chłopaka. Powoli, nie spiesząc się, wbija koniec ostrza w jego skórę, po czym powoli rozcina ją, jak papier. Od strony łokcia, w stronę dłoni.
Chłopak zaciska zęby, próbując powstrzymać jęk.
Widz czuje dokładnie jego ból. Ostry ból w wewnętrznej stronie prawej ręki. Łapie się za bolące miejsce i syczy przez zaciśnięte zęby. Zwraca tym samym na siebie uwagę psychopaty. Widzi jego uśmiech. Puszcza chłopaka i podchodzi do obserwatora. Stąpa powoli i leniwie.  Dzieli ich jeszcze zaledwie kilka kroków.
Między nimi panuje całkowita cisza. Nie słychać nawet odgłosu jego stąpania. Z ust obserwatora wychodzą dwa słowa:
- Nie podchodź.
Postać zatrzymuje się. Przez chwilę tylko na niego patrzy i nie daje żadnych sygnałów. Potem kiwa głową i cofa się.
Obserwator przestaje czuć ból chłopaka. Nie interesuje go już. Wpatruje się bez mrugnięcia okiem w nieznaną postać.
Człowiek przestaje się cofać i gapi się na obserwatora. Patrzą sobie w oczy. Trwa to może minutę, a może wieczność. Nie mogą oderwać od siebie wzroku.
Nie widzi jego twarzy, jednak widzi oczy. Słabo, ale jednak. Błyszczą. Są przerażające. Nie ma w nich człowieczeństwa. 
Widz chce stąd odejść. Nie chce już tu z nim być.


************
Cześć. Dzisiaj rozdział krótszy, ale inaczej się nie dało. Wg mnie trochę mi się nie udało :/ Niektóre momenty są wg mnie dobre, ale jako całokształt to czuję się niespełniona. Nie wiem, kiedy kolejny rozdział. Ale będzie ;)

niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział II "Mógłbyś używać dzwonka"



Brian zostawił Joego samego w pokoju. Chłopak jeszcze raz rozejrzał się po „swojej” sypialni. Będzie mu tu miło spać. To było pewne.
Dopiero po chwili zorientował się, że Brian zniknął. Nie wiedział co zrobić, więc podszedł do okna i obejrzał widok z niego.
Mało ruchliwa ulica, przechodzący ludzie, dużo światła… Nie jest źle.
Odwrócił się i spojrzał na łóżko. Jest takie wysokie, na pewno ma gruby materac, no i na pewno jest miękkie.
Dopadła go pokusa sprawdzenia, jak bardzo jest miękkie. Nastawił uszu, czy nikt nie nadchodzi i zrobił rozpęd.
Padł na materac płasko brzuchem, z rękami wyciągniętymi daleko przed siebie. Materac zgiął się maksymalnie i wypchnął go z powrotem do góry. Joey znów na sekundę znalazł się w powietrzu, po czym padł na białą pościel.
- O tak, już mi się tu podoba… - powiedział, sam do siebie i wtulił twarz w pachnącą kołdrę.
Nie obchodziło go już to, że znalazł się w jakimś obcym miejscu, nie przypominającego żadnego innego miejsca na świecie. Że nie wie, jak wrócić do domu… choć teoretycznie nadal był w swojej łazience.
Pościel pachniała lawendą, wiosną i wszystkim tym, co pięknie pachnie. Joe nie mógł się doczekać, aż wejdzie do tego łóżka i zaśnie.
Ale ten zapach uspokajający… Usypiający… Taki słodki…
Ziewnął przeciągle i zmrużył ślepia.

***

Pokój jest mroczny i ponury. Nic w nim nie ma. Tylko czarne ściany, spróchniała, drewniana podłoga i okna zamalowane czarną farbą. Przez dziury w szybach przebija się światło słoneczne. Chłopiec siedzi w kącie, z kolanami pod brodą i trzęsie się ze strachu. W drugim kącie siedzi odwrócony do niego tyłem człowiek, w ciemnym, długim płaszczu. Odwraca się do chłopca o zielonych oczach. Staje nad nim i patrzy mu w oczy. Wyszczerza się i pokazuje białe, trójkątne zęby.
- Joey, może już się obudź. W tych okolicach lepiej nie spać…

***

- Joey… Joey, może już się obudź. Trochę długo śpisz.
- Mhm? – mruknął Joe, otwierając oczy i podnosząc głowę. Nadal leżał na łóżku, plecami do góry. Nad nim stał Brian, lekko trząchając go ramieniem. Gdy chłopak całkiem się rozbudził, natychmiast zerwał się z łóżka. Co to był za sen?!
- Ja… ja wcale nie śpię – wyjąkał, poprawiając włosy.
- Tak. Wcale – mruknął Brian. – Spałeś dwie godziny.
- Co?!
- Chyba słyszysz. Nie śmiałem cię ruszyć, ale żeby tak zasypiać w biały dzień?
- Eee… No bo ta pościel… ona była taka miękka. Może faktycznie trochę mi się przysnęło. Brian, a może twoja kucharka dodała czegoś do tej kaczki?
Nie chciał tego powiedzieć. Po prostu powiedział to, o czym myślał, nie panując nad tym.
Brian wykrzywił swoje usta w dziwnym grymasie i podniósł brew.
- Nie, na pewno nie. Wtedy to i ja bym spał jak suseł. Musiałeś być bardzo zmęczony.
Nastąpiła chwila ciszy. Jednak Brian nie dał jej długo pożyć.
- Hej, chciałbyś wybrać się ze mną na małe przyjęcie rodzinne? – spytał, zmieniając temat. – Niestety moja obecność jest tam wymagana, a nie chcę zostawiać cię samego. Co ty na to?
Joe zastanowił się chwilę. W sumie czemu by nie pójść?
- Z miłą chęcią – odparł z uśmiechem.
- To świetnie – wyszczerzył się Brian. – Ale… pójdziesz w tym stroju, no nie?
Joey miał na sobie tylko starte jeansy, białą koszulkę z logo Nike oraz adidasy. Odzież mało wyjściowa.
- Nie mam nic innego – usprawiedliwił się skruszonym głosem.
- Spokojnie, pytam się tylko, bo ja też idę w zwykłym stroju – uspokoił go niebieskooki. – Jak dwie osoby idą podobnie ubrane, to jest raźniej pośród tych wszystkich pajaców w sukniach i garniturach.

Gdy byli już gotowi, ruszyli do wyjścia.
- Tylko postaraj się uważać na słowa, jak już tam będziemy, w porządku? Moja rodzina jest według mnie dość ograniczona i staroświecka, mogą się obrazić z byle powodu – powiedział Brian, gdy wychodzili.
- Jasne… postaram się – mruknął Joey. Coraz mniej cieszył się na spotkanie z obcymi ludźmi. Jednak wolał zostać w tym domu.
Przed domem, na ulicy stał nieduży, kryty powóz. Zaprzęgnięte było do niego niesamowite zwierzę. Sylwetkę miało gazeli, tylko że było wielkości konia. Na końcu chudych nóg miało rozdwojone, dość duże kopyta. Jego ogon nie należał do żadnego ze znanych mu zwierząt. Był długi, wąski i zakończony na końcu puszystym, siwym włosiem. Szyję zwierzę miało długą i gibką, ale jego głowa była najdziwniejsza.
Zwierzę zamiast łba ma tylko gołą, końską czaszkę. Przy dokładnym przyjrzeniu się można było zauważyć, jak spod krawędzi skóry, która kończyła się kilka centymetrów przed karkiem wystaje biała, sucha kość. Zupełnie jakby z czaszki zeszła skóra. Głowa stworzenia składała się z odkrytej kości, wraz z dolną szczęką – również z samej kości. Czaszka była jednak połączona niezbyt widocznymi ścięgnami. Dalej w stronę szyi zwierzę miało już skórę i sierść w barwie blado fioletowej. Ciekawe, jak wyglądałby pysk tego stworzenia, gdyby otworzyło ono swoją paszczę na całą szerokość.
Zwierzę miało niemożliwie długie uszy – co najmniej na metr długości. Wyglądały jak wydłużone końskie uszka.
- Matko, co to jest? – Po raz kolejny Joeyowi wyrwało się coś nieodpowiedniego.
Zwierzę odwróciło w jego stronę swój łeb i przeszyło go swoimi pustymi, czarnymi oczami. A może to oczodoły w czaszce?
- Wypłaszam sopie takie wysfiska – odpowiedziało ludzkim głosem, sepleniąc z powodu wędzidła w pysku. – Nie jestem cymś, tylko osobą, któla wymaqa sacunku. Eh, cy musę mieć to wełcidło?!
- Przykro mi, Fritz, ale to jest dziś konieczne – odparł Brian. – Jedziemy do mojej rodziny.
- Ojej, faktycnie – mruknęło smutno. Położyło swoje długie uszy i odwróciło łeb przed siebie.
Brian otworzył samodzielnie drzwi pojazdu i nakazał gestem, by jego towarzysz wsiadł pierwszy.
- Eee… A nie ma stangreta? – spytał Joe.
- W sensie faceta od otwierania drzwi? – spytał starszy chłopak. – Nie chcę marnować pieniędzy na takie błahostki. Sam umiem otwierać drzwi.
Ale stangret jest od powożenia…
- A… nikt nie powozi?
- Fritz powozi. Zna drogę.
Joey całkiem osłupiał, jednak szybko otrząsnął się i wsiadł do powozu. Za nim wskoczył Brian.
Wnętrze było czyste, schludne i bogate. Najlepsza skóra na siedzeniach, zasłony w gustownym kolorze, wszystko wyczyszczone na błysk. Niczym w sportowym samochodzie.
- Siadaj wygodnie i czuj się jak u siebie – rzekł.  - Złap się czegoś, bo będzie trzęsło.


Tak jak powiedział Brian, trzęsło niemiłosiernie. Joey musiał się mocno chwycić siedzenia, żeby nie spaść na podłogę. O dziwo, Brian siedział sobie z nogami na swoim miejscu i niczego się nie trzymał, a nie spadał. Nawet nie widać było, żeby podskakiwał na tych kocich łbach. 
Nie mogąc wytrzymać ciszy, która panowała od paru minut, Joey odezwał się:
- Od posiłku nie było widać nigdzie tego kota… Siergieja. To nie dziwne?
- Pewnie nadal się moczy. W sensie w wodzie. Potrafi tak całymi godzinami.
Im więcej się pytał, tym dziwniejszych rzeczy dowiadywał się o tym miejscu. Mimo to nie czuł się aż tak skrępowany, czy zestresowany.
- A jak mam się zachowywać w obecności innych? – zadał kolejne pytanie.
- Wiesz, umówmy się, że będziesz młodym synem hrabiego z dalekiego miasta. Przyjechałeś do mnie przy okazji… odnalezienia swojej zaginionej babci.
- Zaginionej babci? – Joey uniósł prawą brew.
- Coś wymyślisz. – Długowłosy machnął beztrosko ręką. W tej samej chwili powóz podskoczył tak bardzo, że oboje spadli na podłogę, obijając się o siebie. Brian spadł na Joego, wbijając w jego brzuch swój łokieć. Chłopak jęknął z bólu.
- Dojeżdżamy – stwierdził starszy.
Powóz zatrzymał się przed wielkim, białym domem. Na pierwszy rut oko widać było, że jego właściciel do biednych nie należy.
Brian podniósł się z Joego i pomógł mu wstać.
- Jesteśmy – oznajmił. – Nie bój się – dodał, widząc niepewność na twarzy chłopca.
- Nie boję się – zaprzeczył Joe.
- Tak, oczywiście – zaśmiał się.
Wyszli z powozu. Brian szepnął coś Fritzowi do ucha i wraz z Joey'em ruszyli do wejścia. Chwilę później starszy chłopak dowiódł, że nie jest normalnym człowiekiem, co Joey już wcześniej podejrzewał. Zamiast zadzwonić dzwonkiem czy kołatką, za całej siły walnął podeszwą glana w piękne, białe drzwi. Całą framugą aż zatrzęsło. Huk był tak głośny, że mogliby usłyszeć go wszyscy w tym domu i w okolicy.
Ze środka dobiegły go przytłumione głosy:
- Zaraz otworzę, to pewnie Brian…
Po chwili drzwi otworzyły się. Stanął w nich bogato ubrany mężczyzna z siwym zarostem i dostojną łysiną na głowie. Był niski i szeroki, jak dzwon.
On na pewno nie jest krewnym Briana. Na pewno nie – pomyślał Joey.
- Och, jak miło cię widzieć, Brianie, ale doprawdy, mógłbyś używać dzwonka – powiedział na wstępie owy pan. Obejrzał drzwi i zobaczył tam małe wgniecenie. Wytrzeszczył na nie swe wielkie oczy. – Brian, przez ciebie i przez twoje buty pójdziemy z torbami za naprawę drzwi.
- Po co je naprawiać? Teraz są bardziej realistyczne – uśmiechnął się przymilnie chłopak.
Jegomość westchnął ciężko, a jego wielki brzuch rozszerzył się niebezpiecznie. Spojrzał na Joego. Najprawdopodobniej dopiero teraz go zauważył.
- O, przyprowadziłeś osobę towarzyszącą! – zawołał. – Jaka jest pana godność, sir? – spytał, wyciągając rękę do chłopca.
- Ja… - zaczął Joey, jednak Brian trzepnął go brutalnie łokciem.
- To jest młody hrabia Joe Greenhigh – wtrącił. – Z hrabstwa Greenhigh.
- Wspaniale. Hrabiowie są u nas zawsze mile widziani. Wejdźcie, nie stójcie w progu.
Joey poczuł niemałą irytację, słuchając ostatniego zdania wypowiedzianego przez szlachcica. Przecież to on trzymał ich w wejściu i nie raczył ich od razu wpuścić…
- Witaj, Joe Greenhigh. Jestem sir George Watson. Miło pana poznać – kontynuował powitanie gospodarz wielkiego domu.
- Mi również jest szalenie miło – odparł grzecznie chłopak. Kątem oka dostrzegł szeroki uśmiech dumnego z niego Briana i również się uśmiechnął. Wyczuł, że jak na razie robi wszystko dobrze.
- Chodźcie do bawialni, panowie – zaprosił ich Watson. Brian ruszył pierwszy, a Joe zaraz za nim. W salonie, inaczej bawialni, siedziało już kilku jegomości i dam. Wszyscy ubrani byli bardzo dostojnie. Zbyt dostojnie. Goście zmierzyli go uważnie wzrokiem. Nie było to dla niego przyjemne. Wręcz męczące.

- Drodzy kuzyni, znajomi i krewni, pragnę wam przedstawić mojego przyjaciela, Joego Greenhigh – wypalił na wstępie Brian. – Przyjechał z odległego hrabstwa i zostanie tu na parę dni.
- Witamy – odezwał się jakiś pan z brązowymi bokobrodami i monoklem w oku. – W jakim celu pan przyjeżdża do Doque, panie Greenhigh?
- Proszę mi mówić Joey, proszę pana… - zaczął Joey, lecz coś mu przerwało. Syknął cicho z bólu, czując nacisk buta swojego kumpla na stopie. Z pewnością był to sygnał, że zrobił coś źle.
Spojrzał na niego kątem oka. Mina Briana zdradzała, że sam ma się z tego wyplątać. Joey przełknął nerwowo ślinę.
- Ech, przepraszam, czy jest tu gdzieś toaleta? – zapytał pana domu. – Potrzebuję do niej zawitać.
- Ja go zaprowadzę – zadeklarował się Brian. Swoim tonem dał do zrozumienia Joemu, że nie o to mu chodziło, ale załapał jego pomysł. Położył mu rękę na łopatkach i popchnął lekko w stronę wyjścia z salonu. - Chodź, chodź, już cię prowadzę do tej łazienki… 
Zatrzymali się w głębi korytarza.
– Już na początku strzeliłeś byka! – syknął Brian.
- Jak to?
Chłopak wepchnął go do łazienki i zamknął się w niej z nim.
- Gorszysz się przed nimi. Nie każ im mówić sobie po imieniu, bo to znaczy, że chcesz się do nich umizgiwać, a co gorsza, chcesz być przyjacielem. Masz się obnosić ze swoim nazwiskiem, być z niego dumny! To oni mają chcieć się przyjaźnić z tobą! Jesteś szlachcicem, jak oni, a może nawet...
Dalszą przemowę Briana przerwało głośne pukanie do drzwi.
- Panowie, dlaczego weszliście razem do łazienki? – odezwał się głos Georga.
- Szlag – zaklął Brian. – Eee… Ponieważ coś się zatkało i chcę pomóc!
- To niemożliwe. Mogę wejść?
- Ech… my już wychodzimy. – Pchnął drzwi i wyszedł wraz Joem na korytarz. – Temu panu się odechciało.
- Ach, rozumiem… Tak więc dołączcie do nas.
Chłopaki spojrzeli po sobie. Brian szybko dał spojrzeniem Joemu do zrozumienia, że ma uważać na to, co mówi i robi.
Wrócili więc obaj do salonu. Natychmiast podjęto rozmowę o wszystkim i o niczym. Joey wsłuchiwał się w to, co wszyscy mówili, odzywał się tylko, gdy został o coś zapytany i bardzo uważał, by nie popełnić jakiegoś błędu. Podano herbatę, gorzką, jednak chłopak z grzeczności wszystko wypił. W przeciwieństwie do Briana, który nawet nie kwapił się, by spróbować. Chłopak siedział lekceważąco na fotelu i biernie wpatrywał się w pokaźny biust jednej z pań. Nie wyglądał, jakby obchodziło cokolwiek, o czym mówią wszyscy.
Nagle po domu znów rozległo się pukanie do drzwi. Wszyscy zamilkli.
- To pewnie Hoggowie – powiedział sir Watson i wysłał lokaja, aby otworzył drzwi. Po upływie pół minuty do domu wpadło trzech, młodych, rudych chłopaków. Robiąc mnóstwo hałasu, przywitali się z każdym obecnym po kolei, ale szczególnie dokładnie z Brianem. Jeden z nich opadł całą masą na oparcie jego fotela i objął szyję chłopaka ramionami, niemal go dusząc. Dwóch kolejnych złapało go każdy po jednej ręce i zaczęło je ściskać i trząść.
- Hej, Brian, kopę lat, stary!
- Dawno się nie widzieliśmy!
- Tęskniłeś za nami, chłopie?
- Ech, oczywiście, że tak… - westchnął Brian. – Poznajcie mojego przyjaciela, Joego Greenhigh. – Wskazał na cichego chłopca.
- Witamy – powiedzieli chórem, po czym całkowicie stracili nim zainteresowanie, powracając do ich kuzyna. – Brian, jak to dobrze, że znów się spotykamy!
- No… wiem – mruknął ponuro chłopak.
Do pomieszczenia wkroczyło jakieś szanowne państwo w średnim wieku, najpewniej mąż i żona. Ta druga owinięta była ze wszystkich stron grubym, lisim futrem, a na głowie nosiła ogromny, różowy kapelusz, przykrywający jej rude włosy. Jej mąż miał na sobie biały garnitur, oraz buty, cylinder i krawat tego samego koloru. Nawet włosy miał tak siwe, że niemal śnieżne. W jego ubiorze kolorystycznie wyróżniała się tylko czerwona różyczka na piersi.
Ich ubiór nie wyglądał na modę XVIII wieku.
- Witajcie! – zawołał Watson i podszedł do nich z rozłożonymi ramionami. – Nareszcie jesteście! – Uścisnął dłoń mężczyźnie i ucałował rękę pani. – Jak wam minęła podróż?
- Była szalenie nużąca – odparła od razu kobieta. – Naprawdę ubolewam nad tym, że mieszkamy tak daleko.
Do uszu Joego dotarło ciche, ponure mruknięcie Briana:
- A ja nie…
- Ale w końcu jesteśmy! – dokończyła. – Matthew, Robin, Josh! – zawołała do chłopaków. – Mam nadzieję, że przywitaliście się ze wszystkimi, a nie wparowaliście tu jak świnie do chlewu?
- Przywitaliśmy się – odparł jeden z braci. Gdy Joey im się przyjrzał, był pewien, że są z jednej krwi. Byli niemal identyczni. Nie byli bliźniakami, bo widać było, że są w różnym wieku, ale praktycznie nie dało się ich odróżnić.


Spotkanie przeciągało się niemiłosiernie. Wszyscy obecni rozmawiali o tak nudnych rzeczach, że Joe mógłby sobie uszy odgryźć, żeby tylko tego nie słuchać. Rozmawiali o krykiecie, świętach, polowaniach, nie stronili też od obgadywania nieobecnych członków rodziny. A on tylko siedział i udawał, że słucha.
Brian również nie wykazywał dużego zainteresowania rozmową. Do czasu, gdy został poruszony jego temat.
- …uważam, że każdy powinien się żenić jak najwcześniej – mówiła swój monolog ruda pani, o imieniu Cecylia, co Joe zdążył wyłapać z rozmowy. – Brian ostatnio zmarnował szansę, a ta panienka ze Spring Valley była urocza. Do tego była na wysokiej pozycji w kraju i na pewno wszyscy by mu zazdrościli…
- Była zołzą – przerwał jej Brian. Wszyscy skierowali na niego wzrok. – Za nic bym jej nie przyjął do siebie. Pchała się do mnie, bo jestem bogaty i dlatego, że nikt inny jej nie chciał. A ona robiła wszystko, by nie zostać starą panną.
- Co ty wygadujesz, przecież była… jest najpiękniejszą dziewczyną w Spring Valley i w prowincjach! – oburzył się George Watson. – Taka dziewica to skarb!
- Wybacz, wuju, ale z tym, że nazwałeś ją dziewicą, nie mogę się zgodzić – odparł młody szlachcic. – Kto jak kto, ale ONA nie była dziewicą.
Wszyscy patrzyli na Briana, jak na nieopanowanego szaleńca. On nic sobie z tego nie robił i kontynuował swoją wypowiedź:
- A tak na marginesie to uważam, że nikt nie powinien się mieszać do tego, czy ktoś już sobie kogoś znalazł, czy jeszcze nie. Każdy sobie w końcu kogoś znajdzie. Nadjedzie to prędzej lub później.
Joey był pod wrażeniem jego brawury. Nie wiedział, czy sam potrafiłby tak odważnie się wypowiadać w gronie takich myślicieli.
- No cóż… A ty, Joe, jak uważasz? – spytał go niespodziewanie pan Watson.
Joe wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się, że dziś jeszcze będzie musiał się odzywać.
- Eee… Ja… Ja uważam podobnie, jak Brian. Według mnie każdy powinien mieć czas na znalezienie kogoś z kim mógłby spędzić resztę życia. Szukanie na szybko mija się z celem. O ile celem jest znalezienie miłości na lata, a najlepiej do śmierci.
Ku jego zdziwieniu wszyscy, którzy wysłuchali jego wypowiedzi, pokręcili aprobująco głową. Dziwne. Powiedział to samo co Brian, a jednak – w przeciwieństwie do kumpla – jego wypowiedź została uznana. Nie było to uczciwe, jednak poczuł niemałą satysfakcję.


Dalej spotkanie jakoś się potoczyło. Rozmowa przeszła na inny temat i wszyscy byli zadowoleni. Chociaż nie do końca.
Gdy zaczął zapadać zmrok, trójce rudych braci zaczęło się nudzić i zaczęli mocno rozrabiać. Na oko wyglądali na kilkanaście lat, a w tamtej chwili zachowywali się jak sześcioletnie dzieci.
Biegali po całym domu, krzyczeli na siebie i obijali się o ściany. Co dziwne, ich matka zupełnie nie zwracała na to uwagi. Lub udawała, że tego nie widzi.
Joey co chwilę zerkał na nich kątem oka. Nikt z nim i tak nie rozmawiał, więc uznał, że chociaż sobie popatrzy na ich żałosne wygłupy.
Jak przewidział, w końcu posunęli się za daleko. Zakradli się od tyłu od fotela Briana i zaczęli ciągnąć go za jego długie włosy. Chłopak krzyknął z bólu i zerwał się z miejsca. Rozkazał im, by przestali, dodając przy tym bardzo soczyste przekleństwo.
- Brian, jak ty się wyrażasz! – zwróciła mu uwagę jakaś wypudrowana ciotka.
- Jeszcze raz szarpniecie mnie za włosy, to wam tak… - Dalszy ciąg jego wymowy obfitował w niemal same wulgaryzmy, więc nie warto było go słuchać.
- Tak, to może się zemścisz, zamiast tylko gadać? – wyzwał go najwyższy z braci.
Brian zmarszczył groźnie brwi i bez ostrzeżenia rzucił się na rudzielca.
Potoczyli się obaj po podłodze, zwarci w mocnym uścisku, bijąc i drapiąc się po twarzach i szyjach. Matka Cecylia pisnęła z przerażenia i natychmiast zemdlała. Jednak nikt nie zaprzątał sobie nią głowy. Wszyscy rzucili się, żeby rozdzielić dwóch walczących młodzieńców.
Nie było to jednak łatwe zadanie. Oboje byli tak do siebie przyklejeni, do tego tak się szarpali, że ciężko było ich nawet dotknąć. Brian kopał Matthew, Robina, czy tam Josha glanem, za to jego wróg używał do walki głównie paznokci.
- Przestańcie, na miłość boską! – krzyczał ktoś. – Przestańcie się bić!
- Matthew, przestań!
- Brian!!!
Rudzielec znacznie górował nad Brianem masą i siłą, więc niemożliwie chudy chłopak nie miał zbyt wiele szans na wygranie walki. Jego bronią były ciężkie buty, jednak było to za mało na pokonanie kuzyna.
Matthew złapał go za dół koszulki i szarpnął za nią, lecz w tym samym czasie został złapany za ramiona przez dwóch dżentelmenów i odciągnięty od kuzyna.
Koszulka poderwała się do góry i odsłoniła brzuch Briana, cały w okropnych, grubych bliznach. Zanim chłopak zdążył zareagować, wszyscy je zauważyli i wykrzywili miny. Chłopak zauważył, co tak przykuło ich uwagę i szybko zakrył swój brzuch.
Joey podbiegł do niego i pomógł mu wstać. Brian niezgrabnie podniósł się, kurczowo trzymając go za ręce. Otrzepał się, wyrównał ubranie i spojrzał z uniesionymi brwiami na Matthew. Ten siedział na fotelu i trzymał się kurczowo za krocze, łypiąc na niego groźnie. Joe domyślił się, że podczas walki dostał glanem w czułe miejsce i na pewno nie jest mu z tym dobrze.
- To my już pójdziemy – powiedział oficjalnym tonem Brian. – Czeka na mnie jeszcze wiele spraw do załatwienia, które nie mogą zostać przełożone na później. Joey, idziemy.
Chłopiec, lekko oszołomiony całym zajściem, bez słowa ruszył do drzwi wraz z nim. Pan Watson odprowadził ich i szybko wrócił do reszty.
Dwaj chłopcy wsiedli do ich powozu, starszy zawołał coś do Fritza, a zwierzę natychmiast ruszyło kłusem. Było już całkiem ciemno, jedynie księżyc nieznacznie rozjaśniał granatowe niebo.
Gdy tylko Brian zamknął za sobą drzwi powozu stał się naburmuszony i zły. Miał bardzo ponurą minę. Jedną ręką trzymał się za brzuch, drugą za swoje szczupłe kolano.
- Brian…?
- Mhm? – fuknął.
- Eee… Nic ci nie jest? – spytał Joey.
- Jest świetnie. Ale moja duma mocno oberwała.
- Czemu?
Brian spojrzał na niego i uniósł jedną brew.
- Bo nie ma dżemu. Zostałem pobity.
- Ale to ty zacząłeś tą walkę.
- Zostałem sprowokowany. A ten debil, Matthew musiał… wrr! - warknął cicho.
Złość i frustracja wręcz parowały z niego, jak para z czajnika. Jego palce coraz mocniej zaciskały się na kolanie. Słychać było, jak strzelają mu kostki w dłoni. Wywoływało to nieprzyjemny dreszcz na plecach Joey’a.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał po raz kolejny.
Chłopak wyglądał, jakby go nie słyszał. Cały czas wpatrywał się w jakiś punkt obok głowy Joe’go, najwyraźniej myślami będąc gdzieś bardzo daleko.
- Brian, wróć! – zawołał do niego chłopak.
Brian spojrzał na niego rozgniewanym wzrokiem, który jednak szybko złagodniał.
- Wróciłem – mruknął, sztucznie się uśmiechając.
Zapanowała niezręczna cisza. Po chwili Joey postanowił ją przerwać.
- Brian, czy mogę… - zaczął, lecz szybko ugryzł się w język. Może lepiej byłoby nie pytać się, skąd ma te rany.
- Co?
- …mogę spytać, jak to jest możliwe, że ty i ten Matthew jesteście rodziną? - zadał wymijające pytanie.
- Nie jesteśmy z jednej krwi. Ich matka poślubiła brata mojego wuja. Ci rudzielcy od urodzenia dają mi w kość.
- Jak to od urodzenia?
- No… od czasów dziecięcych – poprawił się. – Zawsze, kiedy mają okazję, próbują wyprowadzić mnie z równowagi przy rodzinie.
- Dziś im się chyba udało – pomyślał na głos Joe.
Brian przytaknął posępnie.
- Mogę się im nie pokazywać przez pół roku…
- Daj spokój, nie będą ci tego wypominać. 
 Brian uniósł wysoko swoje brwi, robiąc na czole kilka głębokich zmarszczek.
- Założymy się, że będą wymyślać o tym dowcipy?


Powóz w końcu dojechał do domu Briana. Zmęczeni chłopcy wysiedli z niego i skierowali się do drzwi frontowych.
Brian jednak nagle zawrócił się i podszedł do Fritza. Złapał go za uzdę, rozpiął wszystkie zapięcia i ściągnął mu z łba niewygodne rzemienie.
- Obiecuję, że nigdy więcej nie będziesz musiał nosić wędzidła – powiedział, patrząc mu głęboko w oczy. Wdzięczne zwierzę parsknęło cicho i trząchnęło go w pierś pyskiem.
Joey przyglądał się temu z rozgrzanym sercem. Właśnie miał przed sobą przykład typowego, ale niezwykłego buntu nastolatka. To było piękne. Ale czy Brian nie jest za stary na bunty?
Fritz uniósł przednie nogi, na ile pozwalała mu ciasna uprząż, usiłując dumnie stanąć dęba. Podniósł się stosunkowo nisko, po czym opadł na cztery nogi i ruszył galopem przed siebie. Po chwili zniknął w ciemnościach ulicy.
Brian spojrzał na swojego towarzysza i powiedział:
- Wejdźmy do domu. Zjemy coś i czymś się zajmiemy.
Joey kiwnął głową. Wkroczyli do domu i weszli po schodach na piętro.
- Chodź, posiedzimy u mnie w pokoju, chcesz? – zapytał Brian.
- Chcę – odparł Joe.


W pokoju Briana zastali istny armagedon. Szafa była otwarta, a na podłodze i łóżku leżały porozwalane ubrania.
- To Siergiej – powiedział bez cienia wątpliwości chłopak.
- Ech, ze zwierzętami tak bywa – wzruszył ramionami Joe. Odruchowo włożył ręce do kieszeni spodni. Poczuł, że w jednej z nich znajduje się coś małego. Wyjął przedmiot z kieszeni i obejrzał. Od razu to poznał.
Był to jego ukochany odtwarzacz muzyki. Prostokątny, płaski, biały, z długimi kabelkami. Nie był już nowym sprzętem, ale nadal działał świetnie.
- Co to? – spytał Brian, zaglądając mu przez ramię.
- Mój iPod.
- Co?
- Odtwarzacz muzyki.
- A jak to działa?
Joe spojrzał na niego załamanym wzrokiem, jednak szybko uświadomił sobie, że Brian może faktycznie tego nie wiedzieć.
- Pokażę ci – powiedział i wsadził mu w uszy słuchawki, po czym włączył muzykę.
Przez chwilę na twarzy niebieskookiego gościło zaskoczenie i strach, jednak po chwili zamieniło się to w zainteresowanie i podziw. Po jakiejś minucie zaczął delikatnie kiwać głową.
- Co to za cudne dźwięki? – spytał.
- Muzyka.
- Znam muzykę. Ale tej nie słyszałem. Jak nazywa się ta muzyka?
- The Final Countdown”, Europe.
Joey wyjął Brianowi słuchawki z uszu.
- Dlaczego teraz nic nie słychać? – spytał chudzielec.
- Tak to właśnie działa. Tylko ty to słyszysz.
- No to posłuchajmy razem – zaproponował, uśmiechnięty od ucha do ucha. Niezbyt delikatnie wcisnął Joey’owi jeden kabel w ucho, a drugi sobie.
Gdy utwór dobiegł końca, zaczęli słuchać kolejnych piosenek. Wszystkie niesamowicie podobały się Brianowi. Przy „All For You” Motörhead, złapał Joe’go za ręce i zaczął z nim tańczyć.
Joe odłączył słuchawki od iPoda i położył go na łóżku, aby muzyka leciała wszędzie, a nie prosto do ich uszu.
Być może ich taniec wyglądał komicznie, ale obojgu było przy tym bardzo wesoło. Brian okręcał Joe’go pod swoją ręką, łapał go w pasie i przekręcał w różne strony, trochę jak w tango, ale bardziej delikatnie. Słowem to on kierował. Joey za to próbował dać mu przykład jak należy ładnie tańczyć.
W końcu oboje wyczerpali wszystkie siły i padli na podłogę. Joe rozłożył się szeroko na dywanie, próbując złapać oddech. Gdy nabrał trochę powietrza, wybuchł głośnym śmiechem, prawie się dławiąc.
- Czego rżysz? – wysapał Brian.
- Z nas. Co to było? – odparł, nadal rechocząc.
- Nie wiem. Ale mi się podobało – wyszczerzył się chłopak.
- Ha, nie umiesz tańczyć – zaśmiał się Joey.
- To mnie naucz, mistrzu.
- Uczę tylko ludzi z talentem. – Chłopak wypiął dumnie pierś.
Oboje parsknęli jeszcze głośniejszym śmiechem. Jednak nagle coś przerwało ich radość.
Drzwi do pokoju otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Chłopcy aż podskoczyli z zaskoczenia i spojrzeli w tamtą stronę.
W ciemności korytarza nie było widać nic, oprócz dziwnych, małych ogników migocących w świetle żyrandola...


*********
Mhm... Umówmy się, że wy to ocenicie. Jakoś poszło, ale nie wiem, czy jest to dobry rozdział. Mało się w nim dzieje, ale dalej będzie trochę bardziej ciekawie. Tak myślę.
No... szkoła się skończyła, mamy dużo czasu na wszystko i wszyscy zadowoleni. W końcu mam czas na pisanie dwóch blogów (tak, mój drugi blog znów będzie działał).
Od następnego rozdziału będzie się robić... dziwnie. Więc się przygotujcie :) Zaczyna mi brakować materiałów na zapas, więc następna notka może się trochę spóźnić.