Joe obudził się, gdy zaczęło mu brakować
powietrza. Otworzył oczy. Spodziewał się ujrzeć jasne światło wschodzącego
słońca, cudowne promienie oświetlające jego jasny pokój, wspaniałe miejsce,
jakim był dom, w którym spędzał noc, a nie zobaczył prawie nic. Przed sobą miał
tylko lekko wybrzuszającą się co chwilę ścianę skóry w jakieś kreski, lepką i
mokrą. Skąd wiedział, że to akurat skóra? Dotykał ją nosem, domyślił się więc
za pomocą zmysłu.
Błyskawicznie się rozbudził i zerwał do
instynktownej ucieczki. Odepchnął się rękami od mokrego od potu cudzego ciała,
jednak coś blokowało go i przytrzymywało od tyłu. Jego głowa, szyja i ramiona uwięzione były przez jakiś uparty materiał, który nie chciał ich puścić.
Powietrza było coraz mniej.
Chłopak zaczął panikować, jak to większość
ludzi w zamknięciu. Nerwowo szukał wyjścia z pułapki.
Nagle poczuł, że ktoś łapie go w żebrach i
równie panicznie próbuje od siebie odepchnąć. Zaczął krzyczeć. Ten ktoś
również.
Ściana skóry ruszyła się i podniosła razem z
nim do pionu. Joey wrzeszczał i piszczał, nie wiedząc, co się z nim dzieje. Okładał
pięściami wszystko, co tylko mógł. Obce palce równie gwałtownie zaciskały się
na jego bokach i próbowały odpychać.
W końcu za sprawą przypadku wyciągnął głowę
spod – jak się okazało - koszulki Briana i mógł zaczerpnąć powietrza. Zaczął
głośno dyszeć, próbując uspokoić serce.
Nareszcie jego oczom ukazało się upragnione
światło dzienne. Po burzy nie było śladu.
Brian – z potarganymi włosami i czerwonymi policzkami – patrzył na niego z wytrzeszczonymi ślepiami. Jego ręce –
które przed chwilą zostały zabrane od Joego – zesztywniały w
powietrzu.
- Joey! Co ty...! – krzyknął, załamującym
się głosem.
Siedzieli naprzeciw siebie po turecku,
stykali się nawzajem kolanami.
- Eee… - zająknął się Joe. – Brian? My na
serio spaliśmy razem?
Chłopak nerwowo rozejrzał się po pokoju,
jakby podejrzewał, że ktoś ich obserwuje. Oczywiście nikogo z nimi nie było. Następnie
z powrotem spojrzał na Joego i odpowiedział mu pytaniem na pytanie:
- Mogę spytać, dlaczego twoja głowa
znajdowała się pod moją koszulką? Albo nie. Nie odpowiadaj. Nie chcę wiedzieć.
- Ja sam nie wiem! – wykrzyczał Joe.
Joey był równie potargany, co Brian. Oboje
wyglądali jakby przed chwilą tańczyli w wyjątkowo agresywnej wersji tańca pogo.
Co prawda, ich twarze nie były posiniaczone, a z nosów nie kapała krew, ale
wyglądali na dobrze poturbowanych.
A propos poturbowania…
Joey’owi przypomniał się wczorajszy dziwny
sen; w którym wraz z Brianem siedzieli w jakimś ciemnym pokoju wraz z tajemniczym
psychopatą. Był dziwnie podobny do tego, który śnił wczoraj w dzień. Niemal
identyczny.
- Śniłeś mi się – pomyślał na głos.
Brian spojrzał na niego. Nie odpowiedział. Chłopak
uznał, że może mówić dalej.
- Śniło mi się – kontynuował – że jesteśmy
razem w jakimś ciemnym pokoju, razem z jakimś psychopatą. On
rozkazał tobie podejść, więc ty podszedłeś do niego i on wziął twoją rękę i zaczął ją kaleczyć nożem… – Wypowiedział to
wszystko na jednym oddechu, jak dziecko, które właśnie przeżyło jakąś szalenie
ciekawą przygodę i chciało natychmiast opowiedzieć o tym mamie.
- To tylko sen – przerwał mu Brian. Powoli
zaczął się od niego odsuwać. W jego ruchach było coś dziwnego, jakby niepokój.
Starszy chłopak zszedł z łóżka. Złapał w dłonie
dolną krawędź swojej czarnej, nocnej koszulki i zaczął nią wachlować swój przepocony
brzuch. Joey’owi znów do oczu skoczyły paskudne rany. Mimowolnie odwrócił
wzrok.
Wygramolił się z pościeli i podszedł do
kanapy, na której leżały jego wczorajsze ubrania. Pochylił się, by je wziąć,
lecz przenikliwy wzrok kumpla zmroził jego stawy, tak że cały zamarł na chwilę.
Nie miał pojęcia, czemu jest przez niego obserwowany, a to chyba jeszcze
bardziej go przerażało. Coś dziwnego jest w tych niebieskich ślepiach. Fascynują
go, a jednocześnie przerażają.
Na szczęście to, co chwilę później
powiedział Brian rozwiało jego jakże nieuzasadnioną obawę.
- Eee… Chyba nie chcesz kolejny dzień
chodzić w tym samym ubraniu – odezwał się.
- Nie mam innych ubrań – odparł Joey i wzruszył
tylko ramionami.
- To ja ci coś dam. Moje koszulki powinny
być na ciebie dobre, a ze spodni też się coś znajdzie.
Po ubraniu się, umyciu i zjedzeniu śniadania
Joey i Brian poświęcili czas na wymyślenie, co mogliby robić dzisiejszego dnia.
W końcu najlepszą opcją okazało się pokazanie Joey’owi miasta. Chcąc czy nie
chcąc, wiedza o Doque mogła mu się przydać.
Brian, za pomocą bardzo interesującego
sposobu komunikacji, wysłał wiadomość do stajni, w której kwaterował się jego koń
i gdzie mógł wynająć powóz na każdą okazję. Był w posiadaniu klatki pełnej
latających wiewiórek, przeznaczonych do wysyłania krótkich wiadomości. Dla
Joey’a było to dość niezwykłe doświadczenie, ale musiał przyznać, że puszczenie
wytresowanego gryzonia przez okno, by lotem szybowym dotarło do określonego
miejsca było bardzo pomysłowe.
Brian zamówił lekki powóz bez dachu oraz
podkreślił w wiadomości, żeby nie zakładać Fritzowi wędzidła.
W ciszy zeszli po schodach na parter. W
połowie pierwszych od wejścia schodów zobaczyli przed sobą siedzącego zaledwie
kilka stopni niżej od nich, Siergieja. Kot wyglądał, jakby był przybity jakimś
bardzo przykrym faktem, a jednak usiłował utrzymać przy sobie swoją kocią dumę.
Obserwował stojących wyżej Joe’go i Briana, wzrokiem wiercąc dziury w ich
twarzach.
- Masz okazję, by go przeprosić – szepnął
Brianowi na ucho Joe.
Brian westchnął ciężko. Mimo wszystko
chyba myślał podobnie. Zszedł kilka stopni niżej i usiadł na schodach, tuż przed
kotem. Rozstawił swoje długie nogi w rozkroku, aby mu nie przeszkadzały w siedzeniu i
spróbował nawiązać kontakt ze zwierzakiem.
- Hej, Siergieju – powiedział cicho.
Kot cisnął w niego gromami z oczu i odwrócił
głowę w bok, najwyraźniej nie chcąc już nawiązywać kontaktu wzrokowego.
- Siergiej, przepraszam za moje wczorajsze
zachowanie – kontynuował Brian. Joey’a uderzyło nagłe przekonanie, że ten tekst
jest strasznie obciachowy. – Zachowałem się cholernie źle wobec ciebie i
żałuję. Tak, to ja zacząłem tą kłótnię.
Joey najchętniej wyłączyłby uszy,
żeby tego nie słuchać. Brian mógłby jakoś inaczej ubrać swój żal w słowa. Jego przeprosiny brzmiały bardzo żałośnie.
Twarz kota nie zmieniła wyrazu, jednak jego
wąsy lekko się uniosły. Gdy Joe wyciągnął nieco szyję, by lepiej mu się
przyjrzeć, stwierdził, że może jednak faktycznie się uśmiecha. Tak po kociemu.
- Mmm… No dobrze, wybaczę ci – powiedział
futrzak.
Brian zagryzł wargę.
- Czyli sprawa zamknięta, tak? Świetnie –
wyszczerzył się w nieszczerym bądź wymuszonym uśmiechu.
- Ale fajnie, że już wszystko jest w porządku
– wtrącił Joe. – Siergiej pojedzie z nami, prawda? – zwrócił się do Briana.
- Co? – spytał rozkojarzonym głosem chłopak.
- Siergiej pojedzie z nami na tą wycieczkę –
powtórzył wyraźnie Joe.
- Eee… Tak. Znaczy nie! Albo… dobra, jak
chcesz – wydusił z siebie i ruszył dalej schodami w dół, nie czekając na
resztę.
We trójkę wsiedli do czarnego, bezdachowego
powozu, który już czekał przed domem. Zaprzęgnięty do niego Fritz, owinięty był
licznymi uprzężami, rzemieniami i klamrami, jednak nie miał w pysku wędzidła,
ani nawet ogłowia wędzidłowego. Zastąpiło je drobne, czarne ogłowie
bezwędzidłowe, które było
doskonale dopasowane do jego pyska, przylegało wyśmienicie.
Fritz odwrócił łeb, aby widzieć wchodzącego
do powozu Briana i rzucić mu spojrzenie przepełnione miłością.
- Gdzie jedziemy? – zapytał, tym razem nie
sepleniąc, gdy chłopcy i kot usadowili się na siedzeniach.
- Przejedziemy się po Doque – odparł Brian,
który usiadł tyłem do kierunku jazdy, blisko miejsca stangreta, którego nie
było. – Przewieź nas, proszę, po wszystkich ciekawych miejscach.
- To w Doque jest coś ciekawego? – zakpił
koń i ruszył z kopyta, ciągnąc za sobą lekki powóz.
Brian odetchnął cicho, wdychając zapach
miasta i położył nogi na krawędzi karety. Siergiej, który siedział naprzeciw
niego, obok Joe’go, posłał mu krytyczne spojrzenie, chrząknął teatralnie i
rzekł tonem przewodnika wycieczki:
- Tak więc rozpoczynamy naszą podróż po
mieście Doque. Upraszamy, by nie opuszczać pojazdu podczas jazdy i nie przerywać
przewodnikowi podczas jego wypowiedzi. Dziękuję. Znajdujemy się teraz na ulicy
Przeklętych, która zawdzięcza swoją nazwę temu, że mieszka na niej niejaki
Brian Ravenn. Za chwilę skręcimy na ulicę Wiecznej Rozkoszy, która swą nazwę
zawdzięcza bardzo popularnemu klubowi ze striptizem… oraz agencji towarzyskiej,
wcale nie mniej lubianej. Jest to chyba największa atrakcja w tej części
miasta.
Kot opowiadał dalej, a Joey cieszył oko
pięknem Doque. Miasto jak ze snu, istny osiemnastowieczny skansen. Aż miło
patrzeć.
Jednak nie było to typowe miasto, jakie
widział w podręcznikach od historii. To było czystsze. A jego mieszkańcy byli o
wiele bardziej zróżnicowani rasowo. Zauważył, jak chodnikiem przechadzają się
spokojnie dwie łaciate lamy. Chwilę później przez ulicę przebiegł ogromny
jeżozwierz. Nad głowami latały latające wiewiórki z małymi karteczkami
przeczepionymi do ich szyjek. Co jakiś czas w oknach domów pojawiła się głowa
jakiegoś niezidentyfikowanego zwierzaka.
Brian bawił się swoimi włosami, od czasu do
czasu zamieniając słowo z Fritzem.
Siergiej cały czas opowiadał o miejscach, w
których się znajdują. Niektóre informacje były ciekawe, inne nie bardzo. W
końcu Joey wyłączył się całkowicie i kot mówił już tylko sam do siebie.
- Brian? – zagadnął po pewnym czasie kumpla.
- Mhm?
- Dlaczego ulica, na której mieszkasz nosi
nazwę „Przeklętych”? – zapytał, patrząc mu uważnie w oczy, choć zadał to pytanie z
czystej ciekawości.
Brian westchnął głośno
i nadal bawiąc się włosami, które opadały mu na klatkę piersiową, odparł:
- W dawnych czasach w mieście panował
przesąd, że moja rodzina utrzymuje kontakty z czarownicami. Wiesz, zazdrościli
im bogactwa, więc potajemnie rozpuszczali plotkę, że rzekomo dzięki rytuałom i
sabatom wyczarowujemy sobie pieniądze. Później, siłą rzeczy, pojawiła się
plotka, że staliśmy się przeklęci przez czarownice i rzekomym dowodem na to
były różne tragedie w mojej rodzinie. Mój dom jest odwieczną rezydencją rodziny
Ravennów, znaną na całe hrabstwo, więc ci frajerzy, chcąc nam zapewnić złą
sławę nazwali ulicę „ulicą Przeklętych”.
- Ale przecież masz kontakty z Watsonami,
więc jak…
- Słuchałeś mnie? To było dawno temu. Teraz
się trochę pozmieniało.
Joey przytaknął.
Brian zaczął mu się wnikliwie przyglądać,
pesząc go przy tym ogromnie. Jego wzrok był nie do zniesienia, ale nie
ustępował, wiercił go tymi niebieskimi oczami, aż mu się zrobiło niedobrze.
- Mam coś na ryju? – spytał w końcu, lekko
podenerwowany.
- Przypominasz mi brata – odparł zwyczajnie
Brian.
- Brata?
- Mojego brata. Masz identyczne oczy.
- Serio?
- Tak myślę. Na serio jesteś do niego
podobny.
- Ale z pewnością tylko z oczu. Przecież
twarzą nie moglibyśmy być podobni. Jeśli nie jestem podobny do ciebie, to do
twojego brata też.
Brian wyprostował się i usiadł normalnie.
- Niezupełnie. Macie takie same podbródki.
No i te oczy.
Joey wypuścił powietrze przez usta. Ta
rozmowa robiła się niebezpieczna. Już wczoraj dopadła go dziwna myśl, że są
zaginionymi braćmi, choć oczywiście nie jest to możliwe, choćby dlatego, że
jego rodzice nigdy nie mieli innego dziecka, a nieślubne, cudzołożne dzieci z
pewnością nie wchodzą w grę. Jego rodzice są sobie bardzo oddani. Kochają się
jak nikt, kogo zna. Niemożliwe, żeby Joe miał rodzeństwo. No i… w końcu
znajduje się w swojej łazience, czy też w jakimś innym świecie. To raczej mało
prawdopodobne, gdyby swojego brata miał znaleźć w tak wyimaginowanym miejscu.
Myśl, że przedostał się tu jakimś
tajemniczym portalem, coraz mniej go śmieszyła. Powoli wręcz zaczynał w nią
wierzyć. Odrzuć od siebie tę myśl, wołał do siebie. Jeszcze znajdzie
się jakieś logiczne wytłumaczenie!
- Bri… - zaczął niepewnym głosem.
- Bri? – Brian spojrzał na niego,
unosząc brwi.
- Ech, wybacz, to takie zdrobnienie –
wytłumaczył się szybko Joe. Poczuł, że rumieni się ze wstydu.
- Ej, spokojnie – zawołał do niego chłopak, dość rozbawionym głosem i położył dłoń na jego kolanie. – Mi to
nie przeszkadza, możesz mnie tak nazywać.
Joe uśmiechnął się, choć jego usta
powyginały się na wszystkie możliwe sposoby, dodając mu jeszcze bardziej
zawstydzonego wyrazu twarzy.
- No, to o co chciałeś mnie spytać? –
zapytał Brian, nadal trzymając dłoń na jego kolanie.
- Eee… - zająknął się Joey. – Skoro już tak
rozmawiamy o twoim bracie, to… gdzie on jest? Wyjechał gdzieś?
Brian już otwierał usta, by odpowiedzieć,
gdy ich powozem zatrzęsło gwałtownie, sprawiając, że poleciał twarzą na kolana
Joe’go. Siergiej miauknął żałośnie i poturlał się niczym beczka na podłogę. Joey
instynktownie złapał Briana tak, aby ten nie zrobił mu i sobie krzywdy. On jako
jedyny utrzymał się w pozycji siedzącej.
- Co się, do cholery, dzieje?! – wycharczał
Brian, niezdarnie próbując się podnieść.
Przestraszony Joey pomógł mu wstać, jednak
nie potrafił nic z siebie wydusić.
Ich czarny powóz stał na poboczu drogi,
zepchnięty przez inny pojazd, większy, do którego zaprzężone były dwa konie,
podobne do Fritza, tyle że obarczone wędzidłami.
Po chwili odzyskał mowę.
- Niech to cholera, co za pacan! – krzyczał
rozeźlony, patrząc na odjeżdżający spokojnie powóz. – Brian, szybko, spisuj
rejestrację!
- C-co? – spytał Brian.
- Nieważne – mruknął Joe. – Co za tupet,
myśli, że jak ma taki wielki wóz, to może sobie ludzi spychać z drogi! Ja z nim
porozmawiam...
Nie otwierając nawet drzwiczek, wyskoczył z
powozu i zaczął kroczyć pewnym krokiem po kocich łbach, w stronę odjeżdżającego
powoli pojazdu. Schylił się, podniósł z ziemi kamień, który odczepił się od
podłoża, zamachnął się ręką i trafił nim w tylne okno karety, rozbijając szkło na
kawałki.
Kryty powóz zatrzymał się. Wyszło z niego dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. Każdy z nich miał stylowego wąsa pod nosem i grube, ciemne brwi. Po ich minach można było łatwo stwierdzić, że nie należą do osób przyjaźnie nastawionych.
Kryty powóz zatrzymał się. Wyszło z niego dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. Każdy z nich miał stylowego wąsa pod nosem i grube, ciemne brwi. Po ich minach można było łatwo stwierdzić, że nie należą do osób przyjaźnie nastawionych.
Tutejsza wersja ochrony.
Zobaczyli mnie, sprawcę aktu wandalizmu na
ich pojazd.
Będą chcieli dać mi przysłowiowy wpierdol.
Joey nagle stracił całą pewność siebie,
którą jeszcze przed chwilą miał aż w nadmiarze. Stanął jak wryty i czekał
nie wiadomo na co.
Z powozu wyszła jeszcze jedna osoba. Zupełnie
nie przypominała ona dwóch osiłków, idących do Joe’go jak w zwolnionym tempie. Najpierw
czarne, wysokie buty z obcasem zetknęły się z kamiennym gruntem, nogi odziane w
śnieżnobiałe bryczesy ruszyły w jego stronę, ramiona przykryte markowym, z
pewnością drogim frakiem naciągnęły na dłonie jasnokremowe rękawiczki, później
odziane już te same dłonie poprawiły kołnierz garnituru i ułożyły
jasno-kasztanowe włosy na głowie przystojnego mężczyzny, o żuchwie kwadratowej,
porośniętej lekką szczeciną i o oczach szarych, bystrych, ale i przebiegłych.
Joey natychmiast poczuł do tego mężczyzny
niechęć. Z samych jego ruchów można było wyczytać, że jest bogatym, myślącym
tylko o sobie arystokratą, nie liczącym się z nikim i z niczym. Niech
powiedzenie „Nie ocenia się książki po okładce” się schowa, tutaj nie ma
ono najmniejszej racji.
Zanim mężczyzna zdążył zbliżyć się do
Joego, chłopak znajdował się już w potrzasku dwóch „ochroniarzy”.
- Nie bijcie go, panowie, proszę chwilę
poczekać – powiedział arystokratycznym, władczym głosem.
Stanął twarzą w twarz z Joey’em i przyjrzał mu się dokładnie, po czym spytał
tonem karcącego nauczyciela:
- Ładnie to tak rzucać kamieniami w cudze
pojazdy?
Chłopak nie odpowiedział. Za wszelką cenę
starał się utrzymać groźną minę, jednak ta gdzieś uciekała, jakby przestraszyła
się owego mężczyzny.
- Co chciałeś w ten sposób osiągnąć,
młodzieńcze? – zadał kolejne pytanie.
Milczał.
- Odpowiesz mi?
Joey wziął głęboki oddech i trzęsącym się
głosem opowiedział mężczyźnie o tym co myśli na temat ludzi jego pokroju, jak
bardzo to denerwuje normalnych obywateli, że arystokraci z nikim się nie liczą
i że nikt ich nie lubi, wplatając w tą wypowiedź kilka interesujących
przekleństw, raczej nieprzyjemnych dla ucha. Na koniec wysłał kilka mocnych obelg pod
jego adres. I to chyba szlachcica zdenerwowało najbardziej.
- Jak ty mnie nazwałeś, gówniarzu?! –
zagrzmiał arystokrata. – Czy ty w ogóle znasz znaczenie słów, które
wypowiedziałeś?
Chłopak wciągnął nerwowo powietrze do płuc, jakby dopiero
teraz dotarło do niego, co powiedział do mężczyzny. Zatkał usta dłonią.
- Yyy… ale bo… bo ja…
- Chłopcze, powinieneś pójść się uczyć, a
nie rzucać kamieniami w cudze pojazdy – karcił go.
- A pan powinien prowadzić samochód… znaczy
powóz w bardziej umiejętny sposób – odparł piskliwie Joe.
Nagle poczuł na ramionach cudze, zimne ręce,
które zaczęły odciągać go od szlachcica. Spojrzał do tyłu przez ramię i zorientował
się, że to Brian.
- No proszę, toż to panicz Ravenn! – zawołał
donośnym głosem szlachcic. – Jak miło panicza widzieć!
- Z wzajemnością, panie… my się znamy? – spytał
Brian, nadal przytrzymując Joego.
- Może mnie pan nie zna, ale ja z pewnością
o panu słyszałem. No tak, powinienem się przedstawić, jestem sir Sebastian
Love. A wracając do tematu, to trudno o panu nie usłyszeć w tym mieście. Jest
pan znaną postacią, ma pan wielu znajomych, którzy często opowiadają o panu
bardzo ciekawe rzeczy…
- Tak, to bardzo pięknie – przerwał mu Brian
– ale teraz chyba przeprowadza pan rozmowę z tym oto młodym człowiekiem –
skinął na mdlejącego w jego ramionach Joey’a – więc nie powinienem państwu
przeszkadzać. Proszę nie zwracać na mnie uwagi. Ja go tylko przytrzymuję, żeby
pana nie pobił.
- A ten młody człowiek to…
- Joe – przedstawił chłopca Brian. – Joe
Greenhigh, z hrabstwa Greenhigh.
Szlachcic nie odpowiedział od razu. Zastanowił
się chwilę.
- Nie wiedziałem, że na Zielonych Wzgórzach
mają tak odważnego młodego hrabiego.
- E, no bo… - zająknął się Joe.
- On jeszcze nie jest hrabią, tak naprawdę –
wtrącił się Brian. – Ale spokojnie może go pan tak nazywać – dodał
zadziornie, wywołując oburzenie na twarzy arystokraty.
- Em… Podobno miał pan się nie wtrącać w tą
rozmowę – przypomniał mu z pozoru uprzejmie, ale jednak dobitnie Sebastian. Chłopak
zacisnął wymownie usta, więc szlachcic kontynuował: - Właśnie rozmawialiśmy na
temat wandalizmu uprawianego przez nierozważnych młodzieńców.
- O, doprawdy?! – udał zadziwienie Brian,
unosząc brwi prawie do połowy czoła. Najwyraźniej zapomniał już o swoich
wcześniejszych zapewnieniach, że nie będzie się w ten konflikt wtrącał.
Love chciał się jakoś odgryźć, ale w tym
właśnie momencie, kiedy otwierał usta, do trójki źle nastawionych do siebie
mężczyzn podbiegł… policjant? Szeryf? Kapitan straży?
Brązowawy ubiór, szabla u boku, „fikuśne”
nakrycie głowy… i wścibskie oczka. Glina bez zbędnych wstępów wepchnął się
między nich i spytał groźnie:
- Co tu się dzieje, panowie?
Arystokrata spojrzał na niskiego stróża
prawa z ledwo ukrywaną pogardą. Jego oczy mówiły nie próbuj udawać ważniejszego, czy bardziej wpływowego ode mnie.
- Ależ nic, panie władzo – odparł,
wzruszając ramionami. – Rozmawialiśmy z panem Greenhigh’em i panem Ravenn’em o
sporcie. A, i właśnie zamierzałem zaprosić pana Greenhigh na mecz polo w mojej
wiejskiej rezydencji. Przyjmie pan wyzwanie, panie Joe? – zwrócił się do
młodszego chłopaka.
Joey’owi język stanął w gardle. To się
potoczyło za daleko. To miała być tylko krótka bójka kierowców, a przerodziło
się to w otwarty konflikt o honor dwóch szlachciców, z czego jeden tylko udawał
arystokratę i był mocno przerażony. Warto się było w to pakować?
Z zamyślenia wyrwał go podmuch ciepłego
powietrza na karku i przyciszony głos Briana:
- Ale się wkopałeś…
Brzmiało to jak jawna pogarda, naśmiewanie
się z jego nieporadności. Boleśnie ukłuło to jego biedne serce.
- Proszę, abyście, panowie, swoje prywatne
sprawy załatwiali w miejscach prywatnych, a nie na środku ulicy – powiedział
stróż prawa. – Odpuszczę panom mandat. Proszę zejść z ulicy.
Love, Joe, Brian i dwóch ochroniarzy
posłusznie zeszli na chodnik. Tam kontynuowali rozmowę.
- No więc? – spytał szlachcic, uśmiechając
się. – Skoro już mówiliśmy o polo, to może faktycznie wyjściem z tego naszego
małego konfliktu będzie jedynie mecz o honor. Jak pan sądzi?
Joey pełen nadziei wyczekiwał podpowiedzi
Briana, co ma robić, jednak ten milczał. W końcu zdecydował się samodzielnie
odpowiedzieć.
- Sądzę, że chyba jednak…
- Sądzi, że to wspaniały pomysł! –
momentalnie wpadł mu w słowo Brian, jakby specjalnie czekał na sposobność, żeby mu przerwać jego wypowiedź. – Joe z chęcią przyjmie wyzwanie!
Joey spojrzał z wyrzutem na chłopaka.
Jeszcze cię kiedyś zabiję…
- Tak, panie Greenhigh? – spytał Sebastian,
chcąc się upewnić.
- Eee… oczywiście, że tak – odparł spanikowanym
głosem Joe. – Co to dla mnie, przecież jestem mistrzem w polo… - Chciał, żeby
jego odpowiedź była choć trochę w stylu Briana. Niestety, zabrzmiała jeszcze
bardziej desperacko, niż dotychczas. Znów utkwił wzrok w Brianie, szukając u
niego pomocy. Chciał go bezgłośnie zawołać: Odwołaj to, proszę, wyciągnij
mnie z tego!.
- No to cudownie! – ucieszył się sztucznie
Love. – Co powie pan na jutro, punkt dwunasta?
- E, stop! – wtrącił Brian. – Punkt
dziesiąta, proszę pana!
Arystokrata spojrzał na niego pytająco.
- Pan też będzie brał udział w wyzwaniu,
panie Ravenn? – spytał.
- Będę towarzyszył Joe’mu, jeśli to nie
problem – sprostował młody szlachcic.
- Ależ nie, skądże… - mruknął Love. – Proszę
bardzo. Skoro już wszystko załatwiliśmy, pozwolicie, że pożegnam panów.
Ukłonił się im lekko, po czym odwrócił się
na pięcie i razem ze swoją świtą wrócił do powozu. Pojazd ruszył i po chwili
zniknął za rogiem ulicy. Joey i Brian ruszyli w stronę ich stojącego w dalszym
ciągu na poboczu powozu. Fritz i siedzący na jego grzbiecie Siergiej patrzyli
na nich wyraźnie zniecierpliwieni.
- I jak poszło? – spytał ironicznym tonem
kot. – Wymierzyliście już na całym świecie sprawiedliwość?
- Jeszcze nie – odparł Brian, wskakując do
powozu. – Jutro wybieramy się do rezydencji niejakiego Sebastiana Love’a na
rozgrywkę polo, w ramach bronienia honoru nazwiska.
- Co?! – krzyknęli jednocześnie Fritz i
Siergiej.
Joey usiadł obok Briana, splótł palce
w obydwu dłoniach i zwiesił głowę. Siergiej, który rozłożył się wygodnie na
zadzie konia, zmierzył go spojrzeniem przenikliwych oczu i powiedział:
- Nie martw się, młody. Nie będziesz musiał
płacić, jeśli przegrasz.
Joey spojrzał na kota i uśmiechnął się krzywo,
chcąc udać, że rozbawił go ten żart. Spojrzał na Briana i
spytał niepewnie:
- Bri… Co to jest polo?
* * * * * * * * * * * * * *
Przepraszam Was, że jestem taką spierdoliną umysłową ;_; Rozdział powinien się już pojawić dawno temu, a ja was zawiodłam. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kiedyś mi wybaczycie. Przez cały ten czas chciałam poukładać fabułę, żeby nie była jakaś kopnięta, no i tak wyszło. Naprawdę przepraszam. No i jeszcze jedno: chcecie, żebym zmieniła szablon?